biere nożyczki

I zaczynam wycinać tą kolorową wycinankę. Myśli, słów nigdy nie wypowiedzianych, obrazków, wiórków i skrawków. Zrobię z tego taki ładny ulepczyk, będe nim podrzucać jak Zośką, to tu to tam.

czwartek, 6 czerwca 2013

Przeploty

Miśka została zaatakowana, konsorcjum zjeżyło się i wspólnie orzekło, że ten od Miśki to pajac. Myśleli, że nikt nie słucha, tymczasem słuchała i Miśka i ten jej. No i w taki sposób traci się znajomych. Po rozum do głowy trzebaby, pomyślała, i mimo, że ten od Miśki rzeczywiście jest pajacem, nie trza było psuć. Odtąd więcej myśleć zapragnęła, ale niewiele się zmieniło. Plecie, zwłaszcza rano. Potok nieżytu nosa wypływa jej przez usta, na niebo szare, mokrą noc, i łzawy dzień.

UG! Ściśnięcie przepony przez wuja, dyndające dziecko wydaje właśnie taki odgłos. Cieszy się na kontakt, choćby tak wykrztuśny. Cieszy się, jak nie wiem. Ksywka UG pozostaje.

Co jedno z drugim ma wspólnego? Ano ma, czuję uga i chyba się muszę do Miśki odezwać, bo ją lubię za delikatność łani i to, że ma pajaca na dobre i na złe.

Tekst ze zdjęciami nie ma nic wspólnego. Tam było miło, dla kontrastu, a pletliśmy o samych dobrych rzeczach. I tak pleść nam potrzeba.

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Fahr nach Taboretum

To było naprawdę niezłe. Kilku Niemców sprzed wojny, na rowerach, Kaśka w pończochach w paski,Robson - listonosz ciągnięty przez dwóch psich przyjaciół, Lopez przebrany za cwaniaka z Warsiawky. Ja, bawiłam się jak dama, bo troszkeśmy pojechali.



Rajd zabytkowych rowerów to także składak z komunii.



Mimo kulejącej pogody, deszczu, co rozpuszcza humor i rozrzedza katar, staramy się być jak najlepsi. I w ciągłym oczekiwaniu na słońce, wyciągamy z szuflad pokręcone pomysły. Czyli po staremu i brawo Luśka.

niedziela, 26 maja 2013

W poszukiwaniu okna i czasu


Wymarzona pracownia domaga się podjęcia działań, podczas gdy działania z nią nie związane wysypują się jak gruz z taczki. Szynę nad okno przywieźli mi spoceni panowie i z racji mokrych podkoszulków dostali po zimnym piwie, a skoro jest już szyna, wizja okna pod nią stała się potrzebą pulsującą w okolicy mostka. Skoro tak, to tak. Wyłuskane z przestrzeni nadrzecznej okna, zresztą z każdej przestrzeni mijanej, a skrawkiem okna pasującej do marzeń, spowodowały dziką i bezmapową wycieczkę, z gatunku tych, które kocham najbardziej. Strychy piwnice, rozwalone domostwa, wreszcie fabryka, wyłapana podczas spływu pontonowego. Wcale nie było trudno, bowiem sonary wzmocnione wspólną zajawką, skierowały nas bezbłędnie tam, gdzie trzeba.

Szmergiel podwójny cieszy i daje poczucie przynależności. Przedzieramy się przez zarośla, by podziwiać zatrzymany w kadrze czas. Jest inny od naszego. Przez sadzoną pomiędzy świerkami paprykę i podlewanie sałaty w deszcz, bieganie do krzyża i z powrotem, poziom czasu zmalał jak wysysany przez słomkę sok endorfinowy. Teleportu nie wymyślono, trzeba ogarniać dwa razy więcej i pęd z dość szybkiego, zrobił się zawrotny.



Tylko podczas stania na głowie na zajęciach jogi, widząc się w lustrze naprzeciwko, możemy spokojnie porozmawiać, a rzeczywistość widziana z pozycji odwróconej sprawia wrażenie normalnej.

wtorek, 14 maja 2013

LOT OTWARTY



O wielu rzeczach powiedziałabym, gdyby za szybko nie przelatywały. Widoki coraz to nowe, poruszają mi się źrenice i wielorakość układa się w poziome paski.
Lot trwa.

Zamiast tego będzie o takich chwilach, o których śpiewał Rysiek. I nie ten z Klanu. Chwilach takich

- jak odwiedziny majowe. Mój dom nabiera powietrza w płuca i rozciąga się, by przyjąć pod swój dach gości z różnych stron świata. Podoba mi się, że robią sobie sami herbatę, lepią też pierogi na radosny powrót z pracy. Potem wsiadamy i jedziemy, na cokolwiek, gdziekolwiek. Malownicza układanka pól, rozwianych włosów. Ognisko przed domem skwierczy, muzyka gra. W tym roku zostawieni na pastwę losu i niepogody, Przyjaciele pozwolili mi wywiać motocyklem na...Jurę.

- jak łazęga w ciężkich ciuchach i kaskach po jurajskich jaskiniach, kapiąca woda na przemakający namiot i przemakających nas. Nie przeszkadzało nam. Przeskoki od zamku do zamku, odnajdowanie nowych ścieżek, kirkuty wśród muraw kserotermicznych i zastanawiające zespoły zabytkowych stodół. Odkrywanie, że się lepi garnek na cztery ręce.

- jak niesłychany wieczór u Siostry Srebrnej, kino za darmo, z udziałem zespołu Czerwie i stareńkim filmem Nosferatu. jak zwykle Tam i jak zwykle z Nimi było nieprzeciętnie. Osobna historia na całkiem długi post, z tym że nie do publikacji w wielu fragmentach:)

- jak koncert Kultu i Lao Che. Lao porządnie, las parasoli skakał radośnie, rzekłabym energetycznie, ci na scenie starali się o publiczność, publiczność zdeterminowana dawała radę. Wokół nas parę metrów przestrzeni wygospodarowanej machającymi rękami. Znowu deszcz.

- jak wycieczki wokół domu - okolice Jagodnej, z malowniczymi pasmami gór, rzuty okiem na ruiny, czy to chałup, czy zamków,

- jak przyjazd Konia Holenderskiego (nazywanego w odpowiednich kręgach Renesansem) samopas, małym, rodzinnym autem :) Jeszcze raz powtórzę, Konik, rozmaryn przy Tobie, ze swoim rozwijaniem się, to pikuś.

- jak nawiązywanie kontaktów z własnym synem,

- jak nowa kosiarka do trawy, która porządkuje rzeczywistość wokółdomową - co tu tak czysto? zastanawiał się Tatoo...

- jak wysyp tulipanowych dzieci,

- jak wysyp zielonego wszędzie i w zadziwiającym tempie - ku chwale Manowców:)

- jak Bojsa, która zwiększyła stado i pokochała osób więcej niż dotychczas,

- jak podrzucony kot, który wskutek oglądania zdjęć z mamowych wyjazdów został nazwany MERKEL i natychmiast przekazany w dobre ręce małej Leny,

- jak...

wtorek, 23 kwietnia 2013

Delikatesy

Krystalizacja trwa. Powietrze trzeszczy jak oszalałe, orszak wątpliwości odmaszerował. Idziemy przez światłocienie świerkowego lasu po mleko od krowy, która jakimś cudem ocalała. Razem z całym gospodarstwem.

Po podwórku biegają szczeniaki, ciekawska kura łypie na nas zza rogu, krowy dostojnie przeżuwają, a rozkoszne małe prosiaki wachlują długaśnymi uszami. Matka, świnia wyścigowa na długich nogach, nic nie widzi przez te uszy. Może i lepiej.

Chłonę cudze życie, wypytuję bez pardonu o to, czy zamieniliby się z kimś innym, na coś innego. Dopóki żyjemy. Dopóki zdrowi jesteśmy. Dopóki...
Pszczoły bzyczą, jajka chrupią w pojemniku. Nie doniesiesz. Doniosę. Donosi.

wtorek, 16 kwietnia 2013

Lustro


Myślisz,że jak przeprowadziłeś się na wieś, to jesteś jakiś inny. Zostawiasz łuki z cegiel nad oknami, sadzisz kwiatki, układasz kamyki. Jeździsz do sklepu samochodem kombi. Masz sukę owczarka. Długowłosą. Pod schodami jest tajne zejście do piwnicy i marzysz o beczce pełnej kiszonej kapusty. Żyjesz sobie z dnia na dzień i nagle, za zakrętem znajdujesz lustrzane odbicie siebie.

Teraz już nic nie będzie takie jak dawniej.

środa, 3 kwietnia 2013

Alleluja

No i wykrakałam ją - miłość wybuchła jak wiosna, której nie ma. Musiała, nie zna widocznie temperatur ujemnych, ni pogwizdów. Szarości nie zna i smutku. Odbija się kolorami tęczy, jak marchewka z groszkiem, zaprawiona nutą buraczaną i żółtym kurczakiem in vitro na zaśnieżonej plaży.
Zamachnęła się mocno i jak nie pozamiata:))

Spisek knuty był skrupulatnie. Z obojętnym wyrazem twarzy, tak, jak należy knuć spiski. Powolutku wyznaczać punkty do zaliczenia i skupionym być tylko na kolejnym ich odhaczaniu. Początek nie przysporzył w sumie spodziewanego oporu, ojciec powiedział no dobra już pod sklepem, do którego poszliśmy.

Mechanik zdążył z przeglądem i wymianą amorów na dzień przed wyjazdem. Przyjaciel mechanik rzecz jasna, bo do innych nie ma sensu zaglądać. Auto pruło więc znakomicie i do tej pory wdzięczności nie zaznało, sól morska na szybie dalej kąsa, chociaż Dolny Śląsk mamy pod kołami. Wielkie dziękuję posprzątam jutro.

Święconkę z malowaniem jajek zaczęłam od podejrzliwego ochroniarza w sklepie, który się czaił za regałem i podglądał, jak obieram cebulę. Metodycznie podążając za planem, obrałam spory worek łupin, przecież nie ma sensu jaj w chemii moczyć. Spotkaliśmy się u mnie przy pizzy i opowieści o duchach, z Moną Lisą o pięknych włosach, która jest prawdziwą Kobietą. Nie wiem, nie mam zbyt często do czynienia z miękką pięknością o złotych lokach - ta, odwiedziła mnie niespodzianie a chcący i bardzo udoskonaliła wieczór jajeczny. Lekki popłoch nastąpił przed najazdem wiernych - godzina lania wody święconej była nam bowiem nieznana, a i ciepło wtulonego snu zbyt boskie, by schładzać. Na szczęście bezpośredni podgląd nóg wchodzących do świątyni pozwolił skazańcowi pobiec i złapać cenne krople na święconkę dla Mamy.

Obdarzona przez enefzet Mama, cięła twardzielkę do końca. Widać było, że perspektywa spędzenia świąt daleko od domu nie jest jej obojętna, a i radością zwykłą nie zalatywała, ale moja obojętność, tak ważna w spisku, podziałała na nią jak kubeł lodowatej wody w tegorocznego dyngusa. Wyprostowana z wzrokiem wpatrzonym w horyzont, odjechała pociągiem relacji Wrocław - Świnoujście, a nie machał jej nikt.

Patrząc na odjeżdżający pociąg ojciec, chyba już wtedy musiał wymyślić prezent urodzinowy dla małżonki. Z racji wspólnej, a skutej lodem pasji, kupił jej wędkarski kołowrotek, który zaraz po jajku został wręczony na kolanach, te bowiem wgniatały piach pod obrusem w kurczaczki.

I to już prawie koniec opowieści, podsumowania nasuwają się rozmaite i pewnie dla każdego inne. Nie tuliłam Mona Lisy, natomiast wszechobecna radość nie została zakłócona żadną bzdurą. Pomimo nie otrzymania rozgrzeszenia dostałam porcję boskości w rozświetlającym świt samochodzie, gdy o szóstej wybuchły mi głośniki allelują. Powstało i zaczęło się nowe, świat się skończył i wrócił niosąc trochę cukru, trochę soli. Jak fajnie.