biere nożyczki

I zaczynam wycinać tą kolorową wycinankę. Myśli, słów nigdy nie wypowiedzianych, obrazków, wiórków i skrawków. Zrobię z tego taki ładny ulepczyk, będe nim podrzucać jak Zośką, to tu to tam.

czwartek, 18 stycznia 2018

PRZY WIĄZANIE


Wszelkiej maści przywiązania mają to do siebie, że człowiek rezygnuje, świadomie, lub nie, ze swojej niezależności. Co mu to daje? Żadnej Ameryki pewnie nie odkryję, ale przy trzech stylach przywiązania wymienionych w wiki, trzeci styl oparty na poczuciu bezpieczeństwa jest chyba najbardziej spotykany, tudzież oczekiwany.
Związki mają nam to zapewnić i chcąc-nie chcąc relacje, które nawiązujemy, oparte są na wzajemnym oczekiwaniu. Oplatamy się jak liany wokół mocnej podpory, po czyimś kręgosłupie nasze ego wspina się do słońca, by czerpać. Całkiem nieźle sobie roimy, że bez wsparcia, tyczki i sznurka nie jesteśmy zdolni do rozwoju.
Czasem tyczka nie wytrzymuje ciężaru i się łamie, a nasze długie pędy spadają na mech (w najlepszym przypadku) bądź na kamieniste podłoże.
Co teraz? Olaboga, zostajemy z niczym! Upadek, stłuczenia, złamania.
A gdyby tak...samemu stać się tyczką? Giętkim i mocnym kręgosłupem? Z jednej strony super super, wiatr czochra czuprynkę i widać o wiele więcej. Ale czy czasami coś nie wpełznie na nas? Zechce skorzystać z naszej mocy i podstępnie zacznie się nami wysługiwać?
Związek oznaczony mądrze jako akt dobrowolności ma tu swój koniec. Ktoś dźwiga, ktoś wisi.
Zatem co jest, jak zrobić, żeby nikt nie był poszkodowany? Samostanowić i mocnym być i jak już się znajdzie na tej górze, hen, wysoko, móc spojrzeć w oczy osobie równie niepodległej. Poszumieć se spokojnie, pobujać w obłokach, poczęstować dobrym słowem i wspólnie poczuć.

piątek, 29 grudnia 2017

Tęskniłki bez de

A może to brak witaminy de. Może pogoda. Napadają mnie znienacka szare myśli, jak niebo zamulone, głosy w głowie raczej stękają, niż krzyczą. O ekstazie zapomnij.
Napływają tęskniłki. I takie z czapki wzięte czasem, że zastanawiam się skąd i dlaczego tak. Na przykład ta dzisiejsza, tęskniłka krzesełkowa. Zatęskniłam za krzesłem odsuwanym od stołu w schronisku. Drewnianym, grubo lakierowanym, z odpryskiem. Od spodu może miało numer jakiś, pędzelkiem, farbą olejną pociągniętym.
Cięcie.
Tęskni mi się niespodziewanie, bez konkretu i wyraźnej przyczyny. Z okazji oglądania google maps. Z okazji jazdy samochodem. Coś ściśnie w dołku i nadmucha jak balon do zwilgotnienia oczu.
Nasuwa się jedno wytłumaczenie, że może za długo już siedzę w jednym miejscu, ale świadomość, że mogę w tropikach tęsknić za pierogiem farszem ruskim natkanym nie pozwala w to proste rozwiązanie uwierzyć.

Za tym, czego nie zrobiłam, za tym, czego nie zrobię, za tym, co się nie stało, że stało się właśnie kiedyś, że nie teraz, że jutro, że za mało, za dużo

A idź pani...

środa, 1 lutego 2017

Jasiu Kropka

Nie sądziłam, że ta śmierć może nadejść tej zimy. Śmiałam się nie raz, że Jasiu jest jak kleszcz, na zimę hibernuje. Pomimo tego, że znajdowałam go w wigilię zakopanego w śniegu przed domem, bez tryby, albo że go chłopaki odrywali od płota i prowadzili do domu, wydawał się być niezniszczalny.
Mały, emerytowany rzeźnik, mieszkający nieopodal w białym domku, który widzę przez okno. Gnykował kiedyś byki.
Wynurzał się z chaty, lub siedział przed domem i z niezmienną serdecznością wołał do mnie na powitanie. Z jakąś taką uważnością, której innym brak.
Mały, niepozorny żul, samotnie spędzający czas, bez prądu i mycia.
Dzielił się cennymi uwagami na temat picia, stąd wiem, że latem nie należy pić nalewki malinowej, po której gdy leżysz w trawie, kleszcze gryzą. Po lipowej natomiast nie.
Często się śmiał.
Ostatnia akcja z odprowadzaniem do domu i moim moralizowaniem, że to picie go wykończy, skwitował prostym wytłumaczeniem, że pije, bo lubi. Pił będzie, bo gdyby zostawił po sobie cokolwiek, rodzina kłóciłaby sie o spadek, tymczasem zamierza przepić wszystko i nie zostawiać im takich problemów.
Miał ukochaną, która dzieliła się z nim miłością tuż po emeryturze. Na co dzień żyła z okradania okolicznych domostw z każdego metalowego przedmiotu i innyh fantów, które można spieniężyć. Pojawiała się z nierozgarnietym chłopakiem w wieku swojego syna, z którym na co dzień żyła i chodziła za rękę, pchała też przez las wózek pełen zagrabionego mienia. Czasem o nim zapominała, właśnie w okolicy przypływu gotówki do Jasia.
Nazywaliśmy ich Bestia z Kicią, może przez nazwisko młodzieńca: Kot, lub z całkiem innych powodów... W każdym razie Kiciuś krążył wokół domu Jasia i markotnie miałczał za Bestią, gdy ta pracowała nad nowym telewizorem na raty.
Jasiu wyciągał ją z opresji, wykupował z domu cyganów gdzie wiodła niezdrowy tryb życia, cieszył się chwilami szczęścia, by znów zmarkotnieć po jej odejściu.
Na pogrzeb nie przyszła i w sumie można się spodziewać, że wieś odetchnie z ulgą, a metalowe wiadra nie będą już zamykane z trwogą w komórkach.
Odchodzi pewna epoka, której cechą najbardziej promienną była wesoła biesiada ogrów na schodkach przed jego domem. Pokrzykiwania i ruch nabuzowanych tubylców w okresach bogactwa, utyskiwania i smętne wypatrywanie w okresach głodu.
Życie z wszystkimi jego kolorami oglądane przez dno flaszki.
Klepsydra na tablicy ogłoszeń pozamiatała mnie całkiem. Kupiłam znicz i postawiłam go wieczorem na progu jego domu. Migotał późną nocą tak jak świeczka, którą odpalał na przekór odciętej elektryczności.
Na pogrzebie tłumy.
Pomimo jego niepozorności, apetytu na nalewki i inne szemrane trunki, społeczność pożegnała go z szacunkiem, który ten mały człowieczek zyskał swoją dobrocią, wesołością i nieodpartym menelskim urokiem.

poniedziałek, 26 października 2015

Kur zapiał


Jesień to czas obfitości, spadających jabłek, orzechów, kolorowych liści i innych dojrzewających roślin, które zapuszkowane, ususzone, zamrożone, zakopane, umożliwią nam przetrwanie zimy. Szwendamy się z workiem jabłek od jednych do drugich, bo obrodziły genialnie. Otrzymujemy w zamian soki, przeciery, ciasta i obrastamy. Gromadzimy. Nasyceni jak bąki, leniwie odmierzamy centymetr po centymetrze falisty horyzont.

Idąc do Sąsiada zza górki worek dynda na patyku. Na głowie chuścina, na drugiej głowie kapelutek przywieziony z Rumunii - prezencja dość malownicza, cygańsko - etniczna, nieskładna - bo do kapelutka doczepiona jest ogromna skórzana motocyklowa kurtka a do chuściny trekingowe buciory. Obserwują nas duchy zza kolorowych krzewów, podrywają się ze skrzekiem sójki, patyki trzaskają pod nogami, jabłka chrupią w zębach, głupoty siedzą na języku, w oczach czai się lekkie szaleństwo?

Kawka, placek, opowieści. Suka na dworze przypomina, że jest, więc zbieramy się nieśpiesznie, obiecując sobie poświęcić nawzajem trochę więcej czasu, jak tylko uda się go znaleźć. Jeszcze na koniec słyszymy, że pod lasem ktoś wyrzucił stado kur. Prawdopodobnie chore i z hodowli, ktoś tam część odłowił, a reszta padła, nieprzyjemna historia taka.

Idziemy zobaczyć, bo każde nieszczęście z automatu każe działać, nawet, jeśli działanie nie po drodze jest i się nie chce. Kawałek za wioską, za pasmem zadrzewień wzdłuż rowu, chodzą po polu trzy kurki. A gdzie nie popatrzeć leżą inne, częściowo zjedzone przez lisy. Trzymam wyrywającą się Bojsę, a Cygan w kapelutku już po chwili wyciąga długaśne nogi w pozycji kucznej i sunie za kurami koło pasa pokrzyw - wykonuje nagły rzut tułowiem i łapie onieśmielony drób do wora pozostawionego przez wieśniaka, który całe życie wyrzucał śmieci w ten sposób.

Patrzymy na siebie triumfalnie, a w tym triumfie jest wszystko, łącznie z pukaniem się w czółko i łącznie z miłością. Szaleństwo fruwa z sójkami, pies wsadza nos w worek, worek gdacze i nagle widzimy tą czwartą. Jest cała biała i większa od pozostałych. Od razu widać, że akcja musi być bardziej przemyślana, z włączeniem wspólników i psa. Niestety, prawie łapiąc szczęście za ogon, kura z wrzaskiem odlatuje w zasieki z pokrzyw. Znajdziemy Cię, poczekaj.

Tiru riru, wracamy na skróty przez zaorane pole. Wchodzimy do kolorowego lasu i tylko od czasu do czasu rzucamy sobie rozbawione spojrzenia. Rodzina nam się powiększyła o Alojza, Stefkę i Gienkę. Nikt nie wie po co, ani co dalej. Kapelutek, chuścinka, Bojsa wtulona nosem w odór martwego wora, w którym przymykając oczy bujają się wymęczone, lecz wciąż żywe stworzenia. I jest prawidłowo, choć bez sensu.

czwartek, 16 lipca 2015

Homeostaza

A teraz powiem o swojej tęsknocie za kotem, który zniknął. Zniknął, bo musiał.
Usłyszałam jedynie przez okno jego ostatni dźwięk. Krótki charkot i kot znikł, nawet kawałek łaciatego futra po nim nie został. Nie będzie już otwierał swoich zielonych ślepi przy kominku, ani bujał się przy lodówce.
Szkoda, lecz coś za coś. Benek stał się ofiarą.
Ofiarą na przebłaganie Japy - sąsiada ogra. Ma on nieczułe serce, które tykane przeze mnie prośbami, wydawało sprośne buahaha i czyniło dalej złe i okrutne.
Pewnego dnia umarła żona Japy - chuda i wysoka Ania. Lubiła dziewczyna seks z przygodnymi wieśniakami i fruwała czasem, uprzednio uwaliwszy Japę nalewką, albo czym mocniejszym.
A psa mieli na sznurku i chudy był jak ta Ania.
Gdy Ania umarła, piorun srzelił w Japę i nie wiedział chłop, gdzie oczy podziać.
Siedział na tatarowej ławce, to mijałam go siedzącego z synem na przystanku.
Któregoś dnia zapytał, czy może rano ze mną jechać.
Pewnie, że Pan może.
Przeciągam się przez prawe ramię, by otworzyć mu drzwi. Wsiada, wielkie łapy skłąda na kolanach. Jedziemy.
Koło Góry zaczyna gadać, jakby kto okno otworzył. Że mu ciężko samemu. Że źle. Że kilka tygodni tylko na kawie, bo sen odszedł, jak ona. I że teraz powoli wraca do normy, ale samotny jest, jak palec.
I tu powtarzam mu słowa już wypowiedziane, w innych okolicznościach, prośbą wyśmianą.
Masz takiego dobrego psa. Na łańcuchu, w budzie z blaszanej beczki. Wpuść go do domu.

Widzę pomiędzy malwami żółtego, radosnego psa. Za nim nieporadnie człapie Japa, potem syn.
Ogarnia mnie radość i ta zmiana, wymuszona poniekąd przeze mnie, robi dziurę w moim dobrostanie. Zabiera mi Benka. Lisem lub innym rudym demonem, bo wiadomo, że takie są najbardziej groźne.
Wraca czasem do mnie myśl o nim, gdy jadę samochodem i wzleci niespodzianie jakiś ptak, lub minę na asfalcie rozgrzanym zaskrońca.
Odejście Kota, nieistotne z punktu widzenia kosmosu, jest ważne w moim świecie, którego granice sobie obieram. Zabrakło mi w stadzie, chcę czymś wypchać dziurę i pomału, z każdym krokiem, uczę się przemijalności.

czwartek, 5 marca 2015

Pełnia w Pannie


Wszędobylskie koty, moje i Tatarowe, robią wiosenny konkurs w podsikiwaniu moich drzwi. Mop stoi, przygotowany na najgorsze, moja złość ewoluuje w spokojną akceptację nieuchronnego losu.
Zmywam. Piony, poziomy, cieszę się z kataru i wyglądu mokrych, robiniowych belek tworzących podest pod drzwiami.
Ciszę wieczoru przerywa krzyk ptaka - słychać wielkie przejęcie i coś, co odrywa mnie od wykonywanej czynności - chęć ratowania potomstwa przed sierściuchem, lub inna krzywdą, która go dotyka.
Wychodzę, szukam.
Na Tatarowym dachu siedzi ptaszek. Na tle seledynowego zachodu dobrze go widać - okrąglutki brzuszek i głowa zadarta do góry. Z jednostajnych pisków przechodzi w trel, na który odpowiadają inne ptaszki z różnych zakamarków.
Rozglądam się i widzę. Ogromny, pomarańczowy księżyc wyłania się zza pagóra, witany przez śpiewającą brać jak dawno wyczekiwany mesjasz.
Cały świat jest pełen pełni.
Acha, myślę, acha...

środa, 24 września 2014

Rzeka



Muzyka znaleziona w pajęczej sieci. Późna noc. Myślę - rozmawiam w myślach z siostrą. Przez te parę wieczornych minut.

Za dnia spotykam się z ludźmi, ale relacji głębokiej w tym coraz mniej lub coraz rzadziej. Wzruszeń i porozumienia dusz - nie ma. I chociaż nie mogę narzekać na brak towarzystwa - pojawiają się przecież znajomi - usta mam pełne piasku a oczy wypchane pakułami.

Czasem trochę pieką. Niewypowiedziane słowa gniotą. Nawarstwienie osiąga stan krytyczny.

Chcę móc powiedzieć otwarcie jak mi Ciebie brakuje i jak jesteś dla mnie ważna.

Pozostali, których kocham, dawno o miłości zapomnieli. Ja chyba trochę też. Mam tyle strat do nadrobienia.

Żebym tylko zdążyła. Zanim mnie znajdą jak ja tego pana. Ucho przytknął do brązowego pola i słuchał spokojnie ciszy.