Jestem ciut opóźniona. Czas wypędza mnie na każdym zakręcie i nagle się okazuje, że zimy wcale nie było. I teraz nie wiadomo, czy wierzyć w cuda, że Bóg wreszcie wysłuchał mych próśb i zimę zlikwidował? Czy raczej zdać sobie sprawę, że tak zakręcone jest życie, tak pełne lotów i migawek, że zima była, ale jej nie zauważyłam. Nie oodczułam ani razu zimna, nikt nie wywróżył mi zamarzania wszystkiego poprzez wyrwane z poniemieckiej fabryki okna...
Pożegnana przy powitaniu, podczas gdy ja nie zrobiłam jeszcze wszystkim prezentów pod choinkę, ani nie odpchliłam Bojsy. Nie mogę powiedzieć, że nie byłam, bo byłam nieomal wszędzie, ale mnie nie było. Koczownik we mnie nie zaznał spokoju w siedzeniu plackiem na macie. Ani razu. No i takie są efekty, że chata zawiera w sobie mnóstwo rzeczy zebranych na kupkę, które to można podzielić na okresy, o ile nie ery. Przykryte elegancką patyną.
Trzydniowy wyjazd na południe zaobfitował mnogością miłych zdarzeń. Znowu otaczają mnie kobiety, które mają na mnie skupioną uwagę i emitują ciepło, pomagają mi też w ogarnianiu pewnego nastolatka. Nastolatka prawie nie ma, drogi nam się rozjeżdżają, ale na tzw. bezpieczną odległość. Daj mu żyć, mówię sobie, ale listek w sercu się telepocze, czy czasem nie odchodzę ja. Może i tak i tak. Przyzwyczaj się, że rzeczy są nietrwałe i nie ma niczego, co by trwało wiecznie. A może właśnie jest. Nie wiadomo. Bieganie dookoła komina może być przejawem strachu przed końcem, lecz z drugiej strony można je uznać za ciągły ruch energii, która ma płynąć. W takim razie, Bojsa, niech Cię pchły gryzą, bańkę szklaną pomaluję za rok, lub na wielkanoc - też będzie ładnie, a tymczasem skoczę w górę i znowu pyknę jak bańka.
piątek, 21 lutego 2014
sobota, 14 grudnia 2013
Figa z granatem
Z supermarketu. Zawinięte w zielony papierek, zaraz świeżo po podróży. Uznałam to za naturalną kontynuację, z pełnym przekonaniem o losie.
Zima łaskawa, jeszcze nie szarpie za szyję, nie dźga w łydki pazurem. To że jej nie ma nie sprawia mi przykrości, wręcz przeciwnie, nie dowierzam w te chwilowe wiosny tylko, wiedząc że i tak.
Łoooj, Panie, tak tak.
Przyjdzie przyjdzie, z wieczną nocą.
Brak światła, który nas dopadł, spowodował eskalację nerwa, wzajemnej burkliwości i czynów haniebnych. Słońce leczy i aż chce się transirować, wdech.
Zima łaskawa, jeszcze nie szarpie za szyję, nie dźga w łydki pazurem. To że jej nie ma nie sprawia mi przykrości, wręcz przeciwnie, nie dowierzam w te chwilowe wiosny tylko, wiedząc że i tak.
Łoooj, Panie, tak tak.
Przyjdzie przyjdzie, z wieczną nocą.
Brak światła, który nas dopadł, spowodował eskalację nerwa, wzajemnej burkliwości i czynów haniebnych. Słońce leczy i aż chce się transirować, wdech.
niedziela, 8 grudnia 2013
Łestern
Jak tu wrócić, po amerykańsku? Zdecydowanie rola kowboja mi się przejadła, przede wszystkim przed siódmą w radiowych reklamach, że wszystko rajt, glamur,o-kej, łonderful. Niby po amerykańsku nie chcę, a jednak muszę :) to pokazać mojemu bratu. Ten całotygodniowy plac zabaw, dla tych, co lubią ostro poszaleć. Odtąd, czerwony pył kortów tenisowych * gdybym grała, kojarzyć mi się będzie z jednym, z łesternem budowlanym w domu. I czerwone twarze goniące tatanka, będą zawsze przyprószonymi ceglanym pyłem budowniczymi. Skradającymi się na kolanach tropicielami... starej cegły, czy odpowiedniej dziury z piaskiem do pozyskania.
Po łowach, gdy adrenalina już opadła, spłukana deszczem ze szlaufa czerwonej rzeki, wyłoniło się to coś, co dało poczucie osobiste, mówiąc barejowo, poczucie osobiste że się dało. Że się dało zrealizować pomysł. Wiadomo, że były: można było niżej, albo szerzej, albo z wypełnieniem ze sznura konopnego, którego nie mam. Kiedyś go znajdę. Tak czy siak beton przestał pylić, główna ulica w miasteczku zrobiona.
Po łowach, gdy adrenalina już opadła, spłukana deszczem ze szlaufa czerwonej rzeki, wyłoniło się to coś, co dało poczucie osobiste, mówiąc barejowo, poczucie osobiste że się dało. Że się dało zrealizować pomysł. Wiadomo, że były: można było niżej, albo szerzej, albo z wypełnieniem ze sznura konopnego, którego nie mam. Kiedyś go znajdę. Tak czy siak beton przestał pylić, główna ulica w miasteczku zrobiona.
czwartek, 8 sierpnia 2013
Wstrzymaj oddech
Najłatwiej powiedzieć, że są agresywne, chore i szybko uśpić. Bo jedna baba jechała na rowerze i ten brązowy do niej wyskoczył, dobrze, że skarpa była i nie zleciała w dół, bo gdyby z drugiej strony...
A óna to chora, między nogami jej taki wór wisi, raczydło! Uśpić, nic tylko uśpić!
Jadę zobaczyć. Tą białą pamiętam, zwróciłam na nią uwagę, że taki ładny szczeniak, jaka szkoda,że te pijoki ją zmarnują.
O łapiącym za nogi mordercy nie wiedziałam nic.
Aleja, kościół na górce, cmentarz, a zaraz za nim dom, w którym umarł Tadek. Parę dni leżał, jak mu czapkę ściągali to razem z włosami, a te psy to z nim cały czas. Cały czas.
Domek ruinka, malwy kwitną, brzoskwinie dojrzewają, pod świerczkiem leżą sieroty. Brązowe oko łypie na mnie smutno, biała sunia wyciąga pyszczek i węszy. Daję im psią kiełbę, głaszczę, czuję ich niepewność, oczekiwanie.
Samochodów się nazjeżdżało! Prokurator był nawet i policja, samochodów tyle!
Teraz spokojnie bzyczą muchy.
Wstrzymuję tok administracyjnego mordu. Odbieram głupiego jasia, który należy podać z karmą, biorę koc i jedziemy.
Psy cieszą się na nasz widok, brązowy Dżeki podbiega i ufnie wciąga podaną karmę, potem sunia, choć podczas jedzenia chce kłąpnąć mnie za rękę. Nie przesadzaj z tą miłością, nie znam cię. Mija parę minut, i biała zaczyna słaniać się na nogach, upada w trawie i leżąc próbuje trzymać w górze głowę, oczy jej się zamykają. Brązowy zaniepokojony podbiega do niej i liże po pyszczku. Morderca. Uśpić go! Przechodnie opowiadają nam historię, że bardzo groźne, jednego faceta co jechał na rowerze pogryzły. Na własne oczy widzieli.
Bierzemy koc, ale nie mamy do czynienia z głupolami. Na chwiejnych łapach psy czmychają za dom i...tyle ich widzieli, bo z tyłu też są drzwi, które mają wygryzioną dziurę. Co teraz?
Wystrychnięci na dudka stoimy i patrzymy na siebie bezradnie. J. kładzie rękę na klamkę, a drzwi otwierają się powoli.
Gęsia skóra na rękach. W milczeniu wchodzimy powoli do środka. Ciemno, pełno poprzewracanych gratów, jakieś wiadro z bógwiczym, otwarte drzwi do pokoju. Tam dwa łóżka, jedno przewrócone, drugie zasłane ciuchami, kocami, butami.
Klejący smród.
Na barłogu leży brązowy i się boi. Białej nie widać.
Bierzemy go tumanka na ręce i wynosimy w panice, krztusząc się, powietrza. Jezu.
W milczeniu ładujemy psa do auta. Zawozimy do Jasia.
Weźmiesz Jasiu psa? Sam mieszkasz, jakieś zbiry cię nachodzą, a tu będziesz miał stróża. No dobrze. Bierze Jasiu psa, jedna kudłata sprawa załatwiona. Na razie trzeba go przywiązać, potem się uspokoi. Komórka, kabel, trauma.
Jedna chwila i zamroczony kundel ucieka w pokrzywy.
Koniec.
Jedziemy znowu, bo obiecaliśmy pomoc przy skręcaniu komody. W instrukcji jak byk stoi, że w pojedynkę nie nada. Jeden uśmiechnięty chłopek jest przekreślony, dwaj dumnie wypinają pierś na obrazku. Czescy Sąsiedzi.
Droga prowadzi koło kościoła, cmentarza...Leży! Zatrzymujemy się koło ruinki i podchodzimy do białej. Bez zbytnich ceregieli pakujemy do auta i jedziemy do weta.
Ale co, chce pani, żebym teraz ją z latarką oglądał? Jak sobie to pani wyobraża, jest dziewiąta, pracujemy do siedemnastej. Chyba sobie pani żartuje. No rak! Może się uda, może nie, zależy jak jest z resztą powiązany. Ale średnio to widzę.
Umawiam się na następny dzień na zabieg.
Rano znowu kościół, ruinka, jadę do pracy ledwo patrząc na drogę. Skręcaliśmy ta komodę do pierwszej w nocy. Brązowy siedzi w trawie jakby nigdy nic. Śmieję się w duchu, że lepszy cwaniak.
Biorę panią z pracy i jedziemy na operację. Pomaga mi później załadować zakrwawioną bidulę. Nie było tak źle, mówi drugi lekarz, może coś z tego będzie.
Wracając do domu kupuję kiełbasę. Gwiżdżę wesoło, ale zapomnij. Obrażony brązowy wieje, aż się kurzy. Gadam z Tadeuszem siedząc pod brzoskwinią. Muchy bzyczą. Odpuszczam.
Wieczorem idziemy po koc. Jasiu skitrał, rzucił w komórce łachy jakieś stare. Karmę też bierzemy i usypiacz.
Dżeki jest w domu. Gwizdu gwizdu, a tą kiełbasę to se w dupę wsadź. Warczy ostrzegawczo, wdeptuję w coś, wybiegamy.
Po kilku podejściach biorę z auta szmatę, zwijam ją i sięgam za sztywną firankę, owijam psu szyję i biorę go na ręce, bez ceregieli, bez powietrza, bez tchu.
Stoi w wannie i się trzęsie, a pchły miarowo spływają do kratki. Spięcie ustępuje, woda szumi, masaż przynosi odprężenie. Tylko z białą jest źle. Bardzo krwawi.
Siedzimy na schodach, w świetle lampy komary rypią. Pijemy piwo. Jekyll wspina się na kolana Jacka.
A óna to chora, między nogami jej taki wór wisi, raczydło! Uśpić, nic tylko uśpić!
Jadę zobaczyć. Tą białą pamiętam, zwróciłam na nią uwagę, że taki ładny szczeniak, jaka szkoda,że te pijoki ją zmarnują.
O łapiącym za nogi mordercy nie wiedziałam nic.
Aleja, kościół na górce, cmentarz, a zaraz za nim dom, w którym umarł Tadek. Parę dni leżał, jak mu czapkę ściągali to razem z włosami, a te psy to z nim cały czas. Cały czas.
Domek ruinka, malwy kwitną, brzoskwinie dojrzewają, pod świerczkiem leżą sieroty. Brązowe oko łypie na mnie smutno, biała sunia wyciąga pyszczek i węszy. Daję im psią kiełbę, głaszczę, czuję ich niepewność, oczekiwanie.
Samochodów się nazjeżdżało! Prokurator był nawet i policja, samochodów tyle!
Teraz spokojnie bzyczą muchy.
Wstrzymuję tok administracyjnego mordu. Odbieram głupiego jasia, który należy podać z karmą, biorę koc i jedziemy.
Psy cieszą się na nasz widok, brązowy Dżeki podbiega i ufnie wciąga podaną karmę, potem sunia, choć podczas jedzenia chce kłąpnąć mnie za rękę. Nie przesadzaj z tą miłością, nie znam cię. Mija parę minut, i biała zaczyna słaniać się na nogach, upada w trawie i leżąc próbuje trzymać w górze głowę, oczy jej się zamykają. Brązowy zaniepokojony podbiega do niej i liże po pyszczku. Morderca. Uśpić go! Przechodnie opowiadają nam historię, że bardzo groźne, jednego faceta co jechał na rowerze pogryzły. Na własne oczy widzieli.
Bierzemy koc, ale nie mamy do czynienia z głupolami. Na chwiejnych łapach psy czmychają za dom i...tyle ich widzieli, bo z tyłu też są drzwi, które mają wygryzioną dziurę. Co teraz?
Wystrychnięci na dudka stoimy i patrzymy na siebie bezradnie. J. kładzie rękę na klamkę, a drzwi otwierają się powoli.
Gęsia skóra na rękach. W milczeniu wchodzimy powoli do środka. Ciemno, pełno poprzewracanych gratów, jakieś wiadro z bógwiczym, otwarte drzwi do pokoju. Tam dwa łóżka, jedno przewrócone, drugie zasłane ciuchami, kocami, butami.
Klejący smród.
Na barłogu leży brązowy i się boi. Białej nie widać.
Bierzemy go tumanka na ręce i wynosimy w panice, krztusząc się, powietrza. Jezu.
W milczeniu ładujemy psa do auta. Zawozimy do Jasia.
Weźmiesz Jasiu psa? Sam mieszkasz, jakieś zbiry cię nachodzą, a tu będziesz miał stróża. No dobrze. Bierze Jasiu psa, jedna kudłata sprawa załatwiona. Na razie trzeba go przywiązać, potem się uspokoi. Komórka, kabel, trauma.
Jedna chwila i zamroczony kundel ucieka w pokrzywy.
Koniec.
Jedziemy znowu, bo obiecaliśmy pomoc przy skręcaniu komody. W instrukcji jak byk stoi, że w pojedynkę nie nada. Jeden uśmiechnięty chłopek jest przekreślony, dwaj dumnie wypinają pierś na obrazku. Czescy Sąsiedzi.
Droga prowadzi koło kościoła, cmentarza...Leży! Zatrzymujemy się koło ruinki i podchodzimy do białej. Bez zbytnich ceregieli pakujemy do auta i jedziemy do weta.
Ale co, chce pani, żebym teraz ją z latarką oglądał? Jak sobie to pani wyobraża, jest dziewiąta, pracujemy do siedemnastej. Chyba sobie pani żartuje. No rak! Może się uda, może nie, zależy jak jest z resztą powiązany. Ale średnio to widzę.
Umawiam się na następny dzień na zabieg.
Rano znowu kościół, ruinka, jadę do pracy ledwo patrząc na drogę. Skręcaliśmy ta komodę do pierwszej w nocy. Brązowy siedzi w trawie jakby nigdy nic. Śmieję się w duchu, że lepszy cwaniak.
Biorę panią z pracy i jedziemy na operację. Pomaga mi później załadować zakrwawioną bidulę. Nie było tak źle, mówi drugi lekarz, może coś z tego będzie.
Wracając do domu kupuję kiełbasę. Gwiżdżę wesoło, ale zapomnij. Obrażony brązowy wieje, aż się kurzy. Gadam z Tadeuszem siedząc pod brzoskwinią. Muchy bzyczą. Odpuszczam.
Wieczorem idziemy po koc. Jasiu skitrał, rzucił w komórce łachy jakieś stare. Karmę też bierzemy i usypiacz.
Dżeki jest w domu. Gwizdu gwizdu, a tą kiełbasę to se w dupę wsadź. Warczy ostrzegawczo, wdeptuję w coś, wybiegamy.
Po kilku podejściach biorę z auta szmatę, zwijam ją i sięgam za sztywną firankę, owijam psu szyję i biorę go na ręce, bez ceregieli, bez powietrza, bez tchu.
Stoi w wannie i się trzęsie, a pchły miarowo spływają do kratki. Spięcie ustępuje, woda szumi, masaż przynosi odprężenie. Tylko z białą jest źle. Bardzo krwawi.
Siedzimy na schodach, w świetle lampy komary rypią. Pijemy piwo. Jekyll wspina się na kolana Jacka.
czwartek, 1 sierpnia 2013
Armenia w odcinkach
Gdybym miała gitarę, tobym na niej zagrała. Gdybym umiała wklejać linki, żeby się otwierały jak się kliknie, to by było łatwiej. Nieważne.
Podróż ormiańska jest długa i spisana w zeszycie, powoli będę ją przenosić do powstającego na tą okoliczność bloga fotomotopeja.blogspot.com.
Zapraszam Was serdecznie.
Podróż ormiańska jest długa i spisana w zeszycie, powoli będę ją przenosić do powstającego na tą okoliczność bloga fotomotopeja.blogspot.com.
Zapraszam Was serdecznie.
poniedziałek, 1 lipca 2013
Pchły i meszki
tomka tomka
tomka tommka
idę łąką
jestem łąka
Napływają mnie chmury myśli, jest ich tyle, co źdźbeł i pcheł.
Małe, najszczelniej ukryte przed dopływem ludzkiej egzysty miejsce z domkiem, a wokół róźnorakie olbrzymy skał. Domek skorupka, przyklejony do świerkowego lasu. Pośród tego brodate chrupki, śpiewające piosenki młodości lat mojej mamy, o sprośności świadczących nierzadko, ale z wdziękiem(Inna znów dziewczynka była, a wołali ją Ludmiła). Czerstwe chrupki, z krasnoludzkim rechotem, piekący chleb dzisiaj, gdy wczoraj zasłużyli na piekło.
Potem, a raczej przed tym, Milulov. Nie, Mikulov. Mikulove.
A więc ucieczka od szacownego grona zorganizowanej wycieczki i łazęga. Na tyle chwil, żeby się wyciągnąć dało więcej, a już nie w sztampie i utartych szlakach, bez zegarka, niestety. I kurcze nie da się, wciąż cię ściga umówiona godzina. Nie ma tego, że zwijasz się z łąki kiedy chcesz, a już na pewno nie chodzisz po zakamarkach. Jesteśmy w oparach czapki niewidki, chociaż wszyscy na nas patrzą i kręcą głową. To już nie było śmie szne.
Mamy coś do zrobienia, plan się zakradł i gotuję się do startu. Z jakimś takim przekonaniem, że wir zdarzeń będzie szalony, jak kolorowe paski na plecaku od Władki, z którą lubię tańczyć. Poruszamy się jak dwie jaszczury na łapach tylnich, przednimi zagarniając szeroko. Rytm. To jest fajne na koncertach z Władką, ten chód jaszczury co wie. Ale nie powie, tylko łypnie okiem. Zadowolona.
Jaszczury i jaszczurki szykują się do dorogi, żeby rozłożyć się na nagrzanych, czerwonych skałach. Kaukaz jest bardzo daleko, jak dla mnie. Jak daleko jest Kaukaz... może to tylko kwestia dobrych butów. Śmieję się, gdy słyszę odgłosy pcheł skaczących po mapie. Każdego razu trasa jest inna. Moje przygotowania ograniczyłam na razie do zakupu koszulki w paski, bo może morze będziemy mijać, a nieodparcie powraca do mnie obraz wilka i zająca, zaprawiony stylistyką sowiecką na wesoło, którą z dzieciństwa lubię i pamiętam. I tego się spodziewam. Dobrych wujków i ich żon, schowanych w zaciszu domu. Gościnności tego domu? Może nawet nie, przychylności, coby gdzieś koło marchwi namiot rozłożyć.
Brak planu w wykonaniu Srebrnych jest o tyle straszny, co zabawny. Przecieram oczy na Serbię. Ale luz. Była Rosja, był prom Utopia, była Turcja i nagle trach. Serbia. Patrzę na mapę i podziwiam. Szybko i cudownie. Nawet jeśli w Serbii przyjdzie nam zamieszkać. Wolę to, niż Rumunię. E, Rumunia też mogłaby być. I chyba cieplej nawet. Ale historia bardziej skomuszała i smutna. MOże dlatego, ze nic nie wiem o Serbii? I teraz widać, jak różne mogą być spojrzenia, a czy kierunek czterech par oczu może być spójny i nieskażony chceniem, czas pokaże.
Dryfuję? Wierzę w pomyślny północno-zachodni wiatr, który nas zmyje. Każda wersja mi pasuje. Wersję wiz i Rosji tylko nie mam rozkminionej, ponura mi się zdaje być i sieriożna.
Pchłę złapałam z koca, a meszki mnie obsiedli w Karkonoszach, dając świadectwo nieuzasadnionej złośliwości. Po co Bóg stworzył muchę, zapytało mnie kiedyś dziecko i trudno mi było znaleźć przekonującą odpowiedź. Nie chciałam wypaść jak kler. A wypadłam. Blado.
Tak czy siak, wiara w powodzenie jest motorem bycia. Motorem też będziemy się przemieszczać, a kolejnym punktem, który mamy zrealizować przed wyjazdem jest obejrzenie pewnego filmu. I tyle.
tomka tommka
idę łąką
jestem łąka
Napływają mnie chmury myśli, jest ich tyle, co źdźbeł i pcheł.
Małe, najszczelniej ukryte przed dopływem ludzkiej egzysty miejsce z domkiem, a wokół róźnorakie olbrzymy skał. Domek skorupka, przyklejony do świerkowego lasu. Pośród tego brodate chrupki, śpiewające piosenki młodości lat mojej mamy, o sprośności świadczących nierzadko, ale z wdziękiem(Inna znów dziewczynka była, a wołali ją Ludmiła). Czerstwe chrupki, z krasnoludzkim rechotem, piekący chleb dzisiaj, gdy wczoraj zasłużyli na piekło.
Potem, a raczej przed tym, Milulov. Nie, Mikulov. Mikulove.
A więc ucieczka od szacownego grona zorganizowanej wycieczki i łazęga. Na tyle chwil, żeby się wyciągnąć dało więcej, a już nie w sztampie i utartych szlakach, bez zegarka, niestety. I kurcze nie da się, wciąż cię ściga umówiona godzina. Nie ma tego, że zwijasz się z łąki kiedy chcesz, a już na pewno nie chodzisz po zakamarkach. Jesteśmy w oparach czapki niewidki, chociaż wszyscy na nas patrzą i kręcą głową. To już nie było śmie szne.
Mamy coś do zrobienia, plan się zakradł i gotuję się do startu. Z jakimś takim przekonaniem, że wir zdarzeń będzie szalony, jak kolorowe paski na plecaku od Władki, z którą lubię tańczyć. Poruszamy się jak dwie jaszczury na łapach tylnich, przednimi zagarniając szeroko. Rytm. To jest fajne na koncertach z Władką, ten chód jaszczury co wie. Ale nie powie, tylko łypnie okiem. Zadowolona.
Jaszczury i jaszczurki szykują się do dorogi, żeby rozłożyć się na nagrzanych, czerwonych skałach. Kaukaz jest bardzo daleko, jak dla mnie. Jak daleko jest Kaukaz... może to tylko kwestia dobrych butów. Śmieję się, gdy słyszę odgłosy pcheł skaczących po mapie. Każdego razu trasa jest inna. Moje przygotowania ograniczyłam na razie do zakupu koszulki w paski, bo może morze będziemy mijać, a nieodparcie powraca do mnie obraz wilka i zająca, zaprawiony stylistyką sowiecką na wesoło, którą z dzieciństwa lubię i pamiętam. I tego się spodziewam. Dobrych wujków i ich żon, schowanych w zaciszu domu. Gościnności tego domu? Może nawet nie, przychylności, coby gdzieś koło marchwi namiot rozłożyć.
Brak planu w wykonaniu Srebrnych jest o tyle straszny, co zabawny. Przecieram oczy na Serbię. Ale luz. Była Rosja, był prom Utopia, była Turcja i nagle trach. Serbia. Patrzę na mapę i podziwiam. Szybko i cudownie. Nawet jeśli w Serbii przyjdzie nam zamieszkać. Wolę to, niż Rumunię. E, Rumunia też mogłaby być. I chyba cieplej nawet. Ale historia bardziej skomuszała i smutna. MOże dlatego, ze nic nie wiem o Serbii? I teraz widać, jak różne mogą być spojrzenia, a czy kierunek czterech par oczu może być spójny i nieskażony chceniem, czas pokaże.
Dryfuję? Wierzę w pomyślny północno-zachodni wiatr, który nas zmyje. Każda wersja mi pasuje. Wersję wiz i Rosji tylko nie mam rozkminionej, ponura mi się zdaje być i sieriożna.
Pchłę złapałam z koca, a meszki mnie obsiedli w Karkonoszach, dając świadectwo nieuzasadnionej złośliwości. Po co Bóg stworzył muchę, zapytało mnie kiedyś dziecko i trudno mi było znaleźć przekonującą odpowiedź. Nie chciałam wypaść jak kler. A wypadłam. Blado.
Tak czy siak, wiara w powodzenie jest motorem bycia. Motorem też będziemy się przemieszczać, a kolejnym punktem, który mamy zrealizować przed wyjazdem jest obejrzenie pewnego filmu. I tyle.
niedziela, 9 czerwca 2013
Czeski film

Przypomniał mi się dziś rano Dzień Matki. Tegoroczny, żeby nie było. Czasem organizuję Rodzicielce takie pomniejsze i jedziemy wówczas w siną dal z planem wariackim, ten prawdziwy zaś miał być udaną imprezą kurturarną.
Jest nas dwoje i matki są dwie. A w gminie X unia zorganizowała kino za darmo. Z czeskim filmem.
Rodzice zostali powiadomieni o niespodziance. Zwarci i gotowi czekali na mnie, by zostać wywiezieni GDZIEŚ. Gdzie? Aaaa, taki czeski film Wam zrobię. Oczywiście nikt nie wziął mych słów na poważnie.
Ciśniemy, bo czas nas goni, wpadamy pięć po na salę, a sala...pusta. Nie dość, że nie ma drugiej matki, ze swym zakręconym synem, to nie ma w ogóle niczego! Jest co prawda ekran migoczący, jest smutna pani i jest awaria.
Konsternacja rodziców i śmich na sali. Co robimy? A nic, siadamy. Ale po co?
Czuję coraz większą niemoc, jednocześnie pojawia się maleńkie żółte światełko. To wróżka absurdu daje mi sygnały i nagle jest, rzeczywiście wpada Jacek ze swą wyrwaną z domu Matką, która kompletnie zapomniała, że ma być gotowa na swój Dzień.
W ciszy sali i przy migoczącym ekranie następują spięte uściski dłoni.
Później jest walka z awarią, która kończy się oszalałą jazdą po laptoka. Rodzina siedzi i patrzy na elementy wystroju wnętrza. Zegar zatrzymał się w miejscu. Lecz oto - ekran rozjarza się pierwszymi napisami, płynie czeski film, raz do góry nogami - STOP - drugi raz bez napisów - STOP - trzecie podejście i film się zaczyna...
Nie wiem, kto dotrwał do końca tego rozdziału, w każdym razie możecie mi uwierzyć, że zrobił on oszałamiające wrażenie na naszych Mamach - mojej, nietolerującej przekleństw (ot, taka się już urodziła) i Mamie Jacka, która zachodziła w głowę, co jej syn chciał jej tym filmem przekazać (sądziła, że został specjalnie przez niego wybrany).
Pełnię szczęścia przeżyłam gdzieś tak w połowie seansu, gdy Michał zasnął na rozłożonych krzesłach, czeski film przerósł najśmielsze oczekiwania ukazując scenę plucia na przejeżdżającą lokomotywę, moja Mama najwyraźniej zamkła się w sobie, Ojciec walczył z sennością, a Mama Jacka cichutko śmiała się pod nosem.
Polecam kino czeskie. A na chmurne, deszczowe dni warto skorzystać z japońskiej mądrości, nieśmiało położyć pięść na stole i szepnąć FUCK.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
