biere nożyczki

I zaczynam wycinać tą kolorową wycinankę. Myśli, słów nigdy nie wypowiedzianych, obrazków, wiórków i skrawków. Zrobię z tego taki ładny ulepczyk, będe nim podrzucać jak Zośką, to tu to tam.

wtorek, 23 kwietnia 2013

Delikatesy

Krystalizacja trwa. Powietrze trzeszczy jak oszalałe, orszak wątpliwości odmaszerował. Idziemy przez światłocienie świerkowego lasu po mleko od krowy, która jakimś cudem ocalała. Razem z całym gospodarstwem.

Po podwórku biegają szczeniaki, ciekawska kura łypie na nas zza rogu, krowy dostojnie przeżuwają, a rozkoszne małe prosiaki wachlują długaśnymi uszami. Matka, świnia wyścigowa na długich nogach, nic nie widzi przez te uszy. Może i lepiej.

Chłonę cudze życie, wypytuję bez pardonu o to, czy zamieniliby się z kimś innym, na coś innego. Dopóki żyjemy. Dopóki zdrowi jesteśmy. Dopóki...
Pszczoły bzyczą, jajka chrupią w pojemniku. Nie doniesiesz. Doniosę. Donosi.

wtorek, 16 kwietnia 2013

Lustro


Myślisz,że jak przeprowadziłeś się na wieś, to jesteś jakiś inny. Zostawiasz łuki z cegiel nad oknami, sadzisz kwiatki, układasz kamyki. Jeździsz do sklepu samochodem kombi. Masz sukę owczarka. Długowłosą. Pod schodami jest tajne zejście do piwnicy i marzysz o beczce pełnej kiszonej kapusty. Żyjesz sobie z dnia na dzień i nagle, za zakrętem znajdujesz lustrzane odbicie siebie.

Teraz już nic nie będzie takie jak dawniej.

środa, 3 kwietnia 2013

Alleluja

No i wykrakałam ją - miłość wybuchła jak wiosna, której nie ma. Musiała, nie zna widocznie temperatur ujemnych, ni pogwizdów. Szarości nie zna i smutku. Odbija się kolorami tęczy, jak marchewka z groszkiem, zaprawiona nutą buraczaną i żółtym kurczakiem in vitro na zaśnieżonej plaży.
Zamachnęła się mocno i jak nie pozamiata:))

Spisek knuty był skrupulatnie. Z obojętnym wyrazem twarzy, tak, jak należy knuć spiski. Powolutku wyznaczać punkty do zaliczenia i skupionym być tylko na kolejnym ich odhaczaniu. Początek nie przysporzył w sumie spodziewanego oporu, ojciec powiedział no dobra już pod sklepem, do którego poszliśmy.

Mechanik zdążył z przeglądem i wymianą amorów na dzień przed wyjazdem. Przyjaciel mechanik rzecz jasna, bo do innych nie ma sensu zaglądać. Auto pruło więc znakomicie i do tej pory wdzięczności nie zaznało, sól morska na szybie dalej kąsa, chociaż Dolny Śląsk mamy pod kołami. Wielkie dziękuję posprzątam jutro.

Święconkę z malowaniem jajek zaczęłam od podejrzliwego ochroniarza w sklepie, który się czaił za regałem i podglądał, jak obieram cebulę. Metodycznie podążając za planem, obrałam spory worek łupin, przecież nie ma sensu jaj w chemii moczyć. Spotkaliśmy się u mnie przy pizzy i opowieści o duchach, z Moną Lisą o pięknych włosach, która jest prawdziwą Kobietą. Nie wiem, nie mam zbyt często do czynienia z miękką pięknością o złotych lokach - ta, odwiedziła mnie niespodzianie a chcący i bardzo udoskonaliła wieczór jajeczny. Lekki popłoch nastąpił przed najazdem wiernych - godzina lania wody święconej była nam bowiem nieznana, a i ciepło wtulonego snu zbyt boskie, by schładzać. Na szczęście bezpośredni podgląd nóg wchodzących do świątyni pozwolił skazańcowi pobiec i złapać cenne krople na święconkę dla Mamy.

Obdarzona przez enefzet Mama, cięła twardzielkę do końca. Widać było, że perspektywa spędzenia świąt daleko od domu nie jest jej obojętna, a i radością zwykłą nie zalatywała, ale moja obojętność, tak ważna w spisku, podziałała na nią jak kubeł lodowatej wody w tegorocznego dyngusa. Wyprostowana z wzrokiem wpatrzonym w horyzont, odjechała pociągiem relacji Wrocław - Świnoujście, a nie machał jej nikt.

Patrząc na odjeżdżający pociąg ojciec, chyba już wtedy musiał wymyślić prezent urodzinowy dla małżonki. Z racji wspólnej, a skutej lodem pasji, kupił jej wędkarski kołowrotek, który zaraz po jajku został wręczony na kolanach, te bowiem wgniatały piach pod obrusem w kurczaczki.

I to już prawie koniec opowieści, podsumowania nasuwają się rozmaite i pewnie dla każdego inne. Nie tuliłam Mona Lisy, natomiast wszechobecna radość nie została zakłócona żadną bzdurą. Pomimo nie otrzymania rozgrzeszenia dostałam porcję boskości w rozświetlającym świt samochodzie, gdy o szóstej wybuchły mi głośniki allelują. Powstało i zaczęło się nowe, świat się skończył i wrócił niosąc trochę cukru, trochę soli. Jak fajnie.

wtorek, 26 marca 2013

plan-matka


Cyganeria rozwłóczona po pagórach Jagodnej. Ci tacy, ci śmiacy, ale nosy czerwone a na skroniach szron. Próbuję jeździć na nartach i sprawia mi to lekko tylko zaprawioną strachem przyjemność. Wokół cudownie udane towarzystwo, niektórzy bardzo wte, inni mocno wewte. Krążę jak bąk i się przyglądam. Bezybezy, otrę się o olej w kuchni, innym razem dotknę swojego odbicia w lustrze toalety. Dotykam też tłumu i jednostek. Realizacja planu-matka przebiega poprawnie, dziecko nie chce spać.
Oddech.


Dobrze mi jakoś i ciepło na sercu, gdyż ten łikend się skończył.

środa, 20 marca 2013

Ormianie w Oławie

Nie wiedziałam! Część rodziny, z którą babcia kategorycznie zabroniła mi się kontaktować (bo to złe ludzie są) mieszkała w Oławie. Z Oławy przyjechała też do babci kuzynka szukająca korzeni i na progu usłyszała, żeby sobie chrzanu nakopała. Ale nie o tym chcę dziś pisać. Dzięki cynkowi danemu przez Iwonę, trafiłam na niezwykły koncert, który zorganizowany w ramach projektu Teatru Zar umożliwił poznanie muzyki sakralnej, a dokładniej ormiańskich pieśni liturgicznych, w wykonaniu Arama, Virginii i Vahana Kerovpyanów (Paryż) oraz Nışana Çalgıcıyana i Murata İçlinalçy (Stambuł).
Koncert połączony był z wystawą zdjęć Magdaleny Mądrej,dokumentujących wyprawę Teatru ZAR do Anatolii w lipcu 2012 roku.
Dlaczego Oława? Okazuje się, że w ramach repatriacji ludności ze wschodu na zachód, duża grupa Ormian osiedliła się właśnie w tutaj - ciekawy zbieg okoliczności i przewidywalny przypadek - szukasz czegoś, węszysz - ależ prosz, masz pod nosem, jak ten chaczkar, stojący niepozornie za Galerią Dominikańską we Wrocławiu...
Oława przywitała nas rozświetlonym Ratuszem, z uroczą kostuszką na wieży

Później wspomnianą wystawą


wreszcie koncertem

O samej muzyce pewnie można by książkę napisać, jednak jedna rzecz, a właściwie dwie, zwróciły moją uwagę. Po pierwsze, linia melodyczna ciągnęła się spokojnie na bazie długiego, równo uzupełnianego i ciągłego podkładu przypominającego buddyjskie OM. Po drugie, panowie Nisan i Murat ze Stambułu wykorzystali w swoich wokalnych popisach dźwięki nie mieszczące się w naszej ograniczonej oktawie - meandry głosu zahaczały o dźwięki nieznane, misterne jak ornamentyka wschodu.
Zatopiona w spokoju siedziałam w kamiennym wnętrzu kościółka z fotografii Pita i było mi ciepło, coraz cieplej, bowiem ogrzewanie w Ratuszu pokazało, że można zrobić lato w środku zimy:)
Z wyżyn uduchowienia ściągnięta zostałam za nogę przez Panią Mamę, która ze spokojnym uśmiechem skomentowała wieczór mniej więcej w ten sposób, że polska liturgia wydawała jej się dotąd ciut przydługa...Sporo w tym racji, co nie zmienia oczywistego faktu, że głodny duch dostał kolejną porcję strawy.



poniedziałek, 18 marca 2013

Świry z Perkalaby

Ten tydzień będzie bardzo obfity - podobnie jak opady śniegu. Zadżumiona lekko i z porannym zaćmieniem wzroku czuję, jak kawa rozlewa się po ciele i budzi powolutku komórki. Wczorajsza Perkalaba w Łykendzie, istna eksplozja energii! Wschodni bracia znowu wytrzęśli publikę do cna, do imentu i końca.
Podskakująca Mama, z otwartą buzią i dziecięcym zachwytem, wpatrzona w zwariowany film, który kadrami nasuwał skojarzenie z balem w domu wariatów. Coraz prędzej i prędzej, wirujące dźwięki cymbałów i trąbek, włochata publiczność i jakieś takie podskórne odczucie przynależności etnicznej:) muzycznej, bo ja wiem, genetycznej. Siostra mnie trąca, my jesteśmy z Ukrainy! Z Armenii! Z Rumunii! Cyganii! Hihi, gdzie nas wczoraj nie było i gdzie nas nie będzie.

I późniejszy powrót do ciszy. Przykryta śniegiem zapadam w szybki sen.

Jak się zbudzę, znajdę się w sali rajców na armeńskich śpiewach liturgicznych. Co boskie, papieżowi, co ludzkie, muzyce. Albo nie. Całkiem na odwyrtkę.

niedziela, 17 marca 2013

Domowo III


Dom, di dom, di dom, di dom.
Pieczemy czapati. Do tego ciapaja z ziemniaków, fasoli, kukurydzy mordercy i pomidorów, zagęszczona dużą dozą mielonej, suchej papryki. Ale najpierw przesunęliśmy kredens, tworząc całkiem nowe szlaki komunikacyjne. Kolizji się pozbywając i ocieractwa. Pełen dywanu kąt pozwala na obce dotąd doznania w postaci polegiwania na poduszkach i oglądania filmów. Transylwania na przykład od Marzeny, oglądana do przyjazdu rodziców (ale tu śmierdzi:), i późniejszy Madagaskar, który w połączeniu z miękkim podłożem, pozwolił mi bezpiecznie odpłynąć.

W sumie szczęśliwie się stało, że nie gnamy donikąd z powodu kataru. Wiosną, jak widać, nie jeździ się na nartach. Obżeramy się tym, co jest, łazimy, próbując ogarnąć zakamarki. Trzy lampy czekają na to, by w końcu triumfalnie zabłysnąć. Tu, czekam jak na wentylator. Stoją? Mają świecić? Poczekajmy, aż pojawi się ten, który potrafi naprawić elektrykę. Z doświadczenia życiowego wiem, że tam, gdzie się ma pojawić gość od prądu, wychodzą całkiem nowe i nieznane dotąd problemy. Albo wtopię finansowo, albo złapie go kostucha, albo się zadurzę. Mimo, że najgorzej ma środkowy, lub zależy, to pozostałe przypadki można spokojnie przeboleć. Nie wiem, coś za coś, będę miała świecące lampy, ale wydarzy się coś niespodziewanego.
Ognia daj lampie mej, niechaj płonie