biere nożyczki

I zaczynam wycinać tą kolorową wycinankę. Myśli, słów nigdy nie wypowiedzianych, obrazków, wiórków i skrawków. Zrobię z tego taki ładny ulepczyk, będe nim podrzucać jak Zośką, to tu to tam.

środa, 16 stycznia 2013

Jeszcze nie.

Koło środy, to się lubi coś spieprzyć. Załamania nerwowe, nieoczekiwane wizyty w szpitalu i szybkie zabiegi, znowu Nysa, znowu kaczka, znowu śnieg. I dobrze, widocznie musi się przewalić, przełamać jak kra na rzece i spłynąć w dół, nie patrząc na nic.
Przyglądam się przez szybę swojemu smutkowi, jest całkiem nowy i w błyszczącym opakowaniu.
Nocą wysyłamy sobie smsy, Ty się boisz i ja. I nie ma rady na życie. Skurczone serce nie myśli o pierdołach, tylko się trzęsie, że jeszcze nie, jeszcze nie teraz.
Nocą biegam. Nakładam czołówkę, lecz jest tak jasno. Bojsa podbiega do mnie i wyciera pyszczek o udo. Dopóki jesteś. Dopóty.
Idiotyczna sytuacja, adidas w zaspę, zdumiona sarna przygląda się z szarej płaszczyzny pagóra.
Chodź tu, dziecko, zaklej usta słodkim mlekiem. Śpij.

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Piernik w kieszeni

Roztrzęsiony cały poprzedni tydzień miałam na tyle, że musiałam pęknąć w szwach i wydostać się z lęku. Ponowne urodziny poprzedził dziki pęd po śniegu w adidaskach, które się rozwiązały, przykucnęłam, podbiegła zaciekawiona Bojsa i z całym impetem strzeliła mi czaszką w łuk brwiowy. Teraz już jest fioletowo, ale od biedy można uznać, że makijaż mi się rozmazał. To tak na otrzeźwienie chyba miało być.
Michał się skichał. Powiedział, ze zimowe koncerty w górach kojarzą mu się źle, zima w górach kojarzy mu się z nocnym horrorem w chatce pod Śnieżnikiem, a w ogóle, to on ma inne plany. I jedź sobie w ogóle sama, sobie jedź. No i sobie pojechałam, ale tak, jak rzadko kiedy.
Miała być Chudoba w Samotni, z okazji owsiakowej poniekąd. Rozgłosiłam imprezę, pozapraszałam ludzi. Zebrałam cały samochód czarownych bab, jedna lepsza od drugiej. Dzikie i szalone śpiewały mi na szlaku, śnieg białymi czapami pozatykał świerkom uszy, i było głośno, o wiele za głośno. Wewnętrzna piosenka grała mi basem w okolicach brzucha, i nie wiadomo, czy to przez pierniki, czy może co innego.
Tymczasem doszłyśmy do schroniska, przeskoczyłyśmy do drugiego, tam znów zawinęłyśmy kitę i już byłyśmy gdzie indziej. Siedmiomilowe buty, albo dobre miotły nosiły nas jak (bez obrazy)Żyda po pustym sklepie. A koncertu jak nie było dotąd, tak nie było w ogóle.
Ukłon w stronę organizatorów, że nikt nie zakłócił oczekiwania niepotrzebnym wyjaśnianiem kłopotliwej sytuacji. Milczeli jak grób:)do samego końca.
Moje gwiazdy rozhulały się za to na dobre, Gargamel! zawołała Srebrna oczarowana czyimś wyraźnym podobieństwem; zjawiskowa podróżniczka dała nagle dyla i tyle nas widzieli. Pozostał po nas jedynie lekki zapach siarki.
Światła na szlaku, halt, to na pewno Chudoba nadciąga. Druga w nocy, zatrzymujemy ekipę siedzącą na oklep na djembach ułożonych w stosik na przyczepce ciągniętej przez skuter, kurcze, przecież to Foliba...ściągnięta jakimś cudem na zastępstwo. Jest to bardzo normalna sytuacja, znajomi spotykają się na leśnej ścieżce i padają sobie w objęcia. Dlaczego już idziecie? To pytanie też całkiem naturalnie brzmi o drugiej w nocy nad Karpaczem.
Znowu nocny exodus, zamykam oczy i widzę drogę, widzę płatki śniegu lecące mi na spotkanie, Srebrna łapie je w uchylone we śnie usta jak ryba, choć wcale nie śpi, przecież mi obiecała. I mimo wspaniałego planu przywitania słońca w balii, padamy jak dzieci, jak leci, mamroczemy coś jeszcze, miesza się to z mruczeniem kotów i posapywaniem psów, stado w nadkomplecie odpływa.
Żeby nie było, Rinpoczego trzeba zobaczyć. Budzi mnie szuranie kapci i leniwe przeciąganie się, ziewando poranne, ale już kawę mi niosą i nie ma opcji, na medytację muszę pójść, bo przecież sama chciałam. Ciągniemy się we czwórkę jak odkrojony plasterek kolumny ciągnącej na Leningrad, szuram w śniegu i klap. Siedzę. Rinpocze namawia mnie do odklejenia języka - odklejam, mam czubek nosa? na miejscu, oczy mają być otwarte (tu już mu nie wierzę do końca) sen mnie morzy, bujam myślami, odganiam piernik, odganiam śnieg, co leci mi prosto w oczy, odganiam sen, uaaaaa, nie mogę.
Obserwuję jeszcze przez chwilę to nabożne owijanie guru w muślin zachwytu, kojarzy mi się z kurczęciem pieczonym na kolację, bo ksiądz po kolędzie, bóg w dom, JACIEKRĘCE. Idziemy stąd, Rinpocze. Nie gniewaj się, fajny koleś z ciebie i przez moment wylałeś miód na me serce piernikowe, tymczasem bywaj.
Zbieramy się do balii, zanurzamy w przegorącej wodzie, W. ratuje nas dorzucając wiadra śniegu i myślę sobie, że teraz już nic, nikt, do szczęścia potrzebny mi nie jest.
Urodzona na nowo rechoczę w poniedziałkowy poranek. Guru otwiera mi zamarzające dotąd drzwi jednym przekręceniem kluczyka.
Może mnie kiedyś ochrzczą w Tybecie.

poniedziałek, 7 stycznia 2013

(Euphorbia amygdaloides L.)


Trafiłam przypadkiem na ten film i odpadłam przy pierwszej scenie. Jeżdżenie pojazdami po łąkach i polnych drogach jest wspomnieniem świeżym, niestarzejącym się iiiii radosnym.
Poza tym urzekają krajobrazy. Mniejsza o akcję! I tak nie wiadomo o czym mówią ci Rosjanie a miłość jest wszędzie pazerna. Tam świeci słońce put wsiegda, niebiesko jest i malarsko.

niedziela, 6 stycznia 2013

Wysłańcy z kosmosu a sztuka sakralna


I proszę, znowu stare ścieżki. Ja już nie będę może wnikać, gdzie to jest, ani po co tam pojechałyśmy, bo wiadomo, jeździmy po Dolnym Śląsku i łazimy po strychach i piwnicach, ale nowy rok obrzygany przez psa parówką, zwiastujący reset wyobraźni i przyjmowania tego co jest, jako właśnie tego czym w istocie jest,
nadto nowy rok, który zaczął się, jak wiadomo, od kosmosu, dał nam otwarcie na istoty pozaziemskie, mijane przez Ziemian, którzy ich nie widzą.


Tego poniżej trzeba objaśnić. Mowa jest o powstawaniu, i rzeczywiście, postać szykuje się do lotu. Prosto, jak rakieta, do nieba.


Pada deszcz, ponurość mlaszcze, pozdrawiamy Panią z G., ale czasu nie mamy, bo musimy zrealizowac program i osiągnąć kolejne sprawności, za co czeka nas nagroda z kosmatą pianą, snujemy się jak dwa bąki po ospałym ryneczku Broumova. Proszę, jaka ładna litera, ta FAŁ.
Ładna jest też piosenka Nohavicy, c'nie?



czwartek, 3 stycznia 2013

Transylwanilia

Dom mauriatów normalnie. Pojechałam. Sama. I ciąg podróżny był jak teleport. Zwinęłam się jak kulka, by sprężynowo wyskoczyć do przodu. Mijam kolorowe latarnie wsi i gadam jak najęta z Dż. przez telefon. Opowiada mi historie tysiąca i jednej nocy z Bieszczad, myślę o Siostrze Bieszczadzkiej, wejściu na jakąś górę i takie tam, powiedzmy opowieści przyrodnicze się ciągną. A droga mi faluje wzdłuż rzeczki Płóczki, tuż za Lwówkiem. Czadowe są te tereny i tak pełne niespodzianek architektoniczno - krajobrazowych, tyle tu nawarstwienia kulturowego, że ciary mam.
Dojeżdżam do Wolimierza i powoli dociera do mnie rytm, staram się nie urazić didżeja próbującego przez dwie godziny policzyć do dwóch.
Jest tak, że spokojnie przemieszczam się przez pomieszczenia, lustruję, węszę, dioda kosmity błyska a kamera rejestruje co lepsze kawałki tiulu, szmelcu i prawdziwego złota.
Bardzo ładnie. Najładniejsza dzisiejszego wieczoru wydaje mi się lampa w kuchni, składająca się z trzech trąb - kornetów, wewnątrz nich zamontowane są żarówki.
I chciałabym mieć taką lampę w domu, albo mogę ulepić jakąś jej odmianę. Jak mi się zechce oczywiście, a tutaj występuje pewien problem...
Ma być o kosmitce na balu, a rozbiegane spojrzenie omiata wszystko inne, ucieczka od składania sobie serdeczności wyświechtanych, poklepywań i hehechów. Jedno miłe spotkanie i ogólnie w pewnym momencie radość z bycia z nimi, ciepła, które powiało i czegoś jeszcze, z lekką nutą korzenną.
Kręcę się i spaceruję, jest noc, a my trochę tu a trochę tam, leczę się wiatrem, jak przywiał, tak powieje. I siła na to - chcę, żeby była.
Czuję się w tym rzeczywistym, otaczającym mnie kosmosie jak obcy, siedzący na drewnianych schodkach, z długimi białymi stopami. Chociaż on tak naprawdę może myśleć zupełnie co innego i inaczej się czuć, niż ja myślę. Odbiór tego, co na zewnątrz jest tak mocno popieprzony przez moje oczekiwania, że widzę miraż. Koniec świata.
Tańczymy w dabie, bujam się i zamykam oczy, trochę krasnoludzko jest i odmiennie, znowu to samo, kosmos rypie w kościach. Nie, teraz płynę falą ludzkich serc, ale ich bicie guzik mnie obchodzi. Za chwilę znowu kontakt. Improwizejszyn.
Wróżba poranna tego typu już kiedyś mi się przytrafiła. Kucharz dał psu niepokrojoną śledzionę, którą następnie ten przyniósł mi koło głowy i całą hojnie oddał. Tym razem podobnie. Cała paczka paróweczek pójść musiała, bo psi żołądek wywrócił się ze szczęścia. Tuż koło mojego łóżka, na którym spałam w przepuchowym, miękkim jak wnętrze jelita kokonie - wyposażeniu od Srebrnej, na dobrą drogę. Nie żebym obrzydliwa była, proszę pana, ale zaczęłam się zastanawiać, co też przyniósł mi tamten obrzygany rok, a co przyniesie ten.
Wracając czytam mapę, następnie stąpam po gołej ziemi, mierzę się z sobą w lesie i jaskiniach, które odnajduję po tym, gdy miga mi w lesie kontur starego wapiennika.
Potem patrzę, że to Oaza, Krótka i Czerwona. Nie wiem, czy to jaskinie, jak mówi mapa, czy wyłuskane chodniki wapienne. Jest fajnie, statki kosmiczne przelatują z wizgiem po drodze wojewódzkiej, a git planeta kopsa żaru. Depczę po szkle, ktoś tu sobie zrobił szlachetny, przedwojenny śmietnik. Świetnik! Grzebię patolkiem, odgarniam liście, pstrykam, wizgi wyją, myślę i nie, generalnie oddycham i jest mi fajnie, w tej porytej górce.




wtorek, 1 stycznia 2013

Kosmitka I

Szasami szłowiek wiszy wszysko lepiej :))))