Pierwsze słowo, które przyszło mi na myśl, kiedy zasiadłam do pisania. Ale nieodpowiednie.
Ajci jest przewidywalne; duże wrocławskie podwórko na które można wyjść koło schodów do piwnicy. Czujne oczy? Nie, dalej spokojne siedzenie przy stole. Usiadłabym teraz, wzniecając małe pożarki.
----- Piwnica jest piękna, bardzo niska, z cegieł w łuk kładzionych. Idę tam z Babcią po węgiel ale niczego mi nie wolno ruszać. Tak samo piękny jest strych, duża przestrzeń z zakurzonymi deskami; po horyzont nic, tylko deski przetykane belką gdzieniegdzie
Wracając do wyjścia...Las na spacer dla Bojsy, na deser dla mnie.
Cieszę się z tego roweru. Uspokojenie galarety ramion, które reagowały ciapkowatym pąsem. Na przedramieniu, ręcznej łydzie, rysują się pomału plaskate postronki. Nie chciało mi się zwalniać biegu żeby zdjęcie zrobić.
Zlewający się w szarość dziurawy asfalt i podrygujące ręce, rytm na 78/100, synkopowany. I podrygujące sznurki pod skórą.
Ochch, pięknie radio zagrało kobiecym murzyńskim jazzem prosto spod neonów Nowego Jorku.
A naprawdę chodzi o to, że mój las jest zamieszkany przez zwierzyunę, z którą się upodabniam pdrygując jak sójka na moim cudnym, czarnym-bez-napisów rowerze.
Ale tak abstra... odbiegając, reasumując, kogitując, zając
- myślę, że i tak zrobię swoją starą ma-damkę kupioną na targu w Strzelinie. Z białymi obwódkami opon; by zajechać do pracy Rolsrojsem, w gustownej sportowej spódnicy i pepegach, jak jaka Paris. Równo o 6.55.
----- Gugu wróciła, ciekawe jak było.
----- Czy realizuję jałmużnę karmiąc psa zza płotu?
----- Nad jesionem prościutko - Wielki Wóz.