biere nożyczki

I zaczynam wycinać tą kolorową wycinankę. Myśli, słów nigdy nie wypowiedzianych, obrazków, wiórków i skrawków. Zrobię z tego taki ładny ulepczyk, będe nim podrzucać jak Zośką, to tu to tam.

niedziela, 3 kwietnia 2011

Ziuuum


skrzydlo prawe /szszszsz/


skrzydlo lewe /szszszsz/

Jestem tu i nie moge sie powstrzymac od pisania, mimo brakow polskich znakow i kabla do prawdziwego aparatu, gdyz to, co mi sie dotad wydawalo okazalo sie byc prawda i od tej pory bede knuc, szukac, weszyc, by lataaaac!
Przy starcie piszczalam pod nosem z ekscytacji:) podbudowana pozniej najdrozszym ginem z tonikiem, jaki pilam, caly lot z aparatem przy szybie przerabialam konfiguracje morza, ladu, jezior i chmur.A i gacie weszly spokojnie do torby, gdyz plecak okazal swe podwojne oblicze.
C.D.N

czwartek, 31 marca 2011

Pierwszy raz w samolocie bez majtek


Ja wiem, że to nie jest strona przeznaczona tylko dla gości dorosłych, ale spokojnie, spokojnie, już wyjaśniam.
Rozmów kilka z przyjaciółmi i właśnie takie, a nie inne wnioski.
Wielki Brat zza Bełtyku zażądał 15 kilogramów kiełbasy z ojczystej wioski, przekładanej żółtym serem i żurem z torebki. Widocznie w Kroksta też mają święta, całe szczęście, że norweskie kury, niezrażone temperaturą się niosą, bo czułabym się nieznacznie onieśmielona potencjalną kontrolą na lotnisku.
Tak więc stałam się z siostry szerpą, ale kto, jak nie ja.
W związku z narodową kiełbą mam dość ograniczone pole manewru jeśli idzie o moje rzeczy, które planowałam zabrać, bo skoro litr gorzały i karton papierosów mają stanowić mój bagaż podręczny, to ...no właśnie - zbliżam się do tytułu - miejsca na majtki zostaje niewiele.
Zagłębiając się w obszary bieliźniane z M. dotarłyśmy do punktu, że bez aparatu, to w ogóle nie ma po co się pchać, bo wtedy NA PEWNO NIKT MI NIE UWIERZY.
Koniec. Ten argument mnie pokonał. No i teraz wszystko jasne:)

środa, 30 marca 2011

Kwadratura filiżanki II albo międzyludzkie zbieżności



Kawa poranna, zaglądam po skrzynkach wszelakich, odwiedzam blog Doro - jak zwykle ciepły i czarowny i widzę...Michałową filiżankę. Made by Adamo.
Nie dość, że matki podobnie zwektorowane to i dzieci jeszcze. Zadziwiające:)

poniedziałek, 28 marca 2011

coś za coś


Ko-ko-ko, wszystkie moje kurki, pióra nastroszone, grzebień w słońcu lśni. Aaaach. W zamian za uśmiech będziesz miała - jajo.
Uciekam wgłąb, poparzona lekko - na szczęście to tylko mały bąbel. A nie mówiła? A mówiła.
Otrzepałam pióra, powoli wyciągnęłam skrzydła nielota do słońca.
Później w ferworze myśli walczyłam z blatem i grubymi na centymetr kaflami - dobrze chociaż, że są w miarę miękkie. Zaczęłam od otoczenia zlewu, dookoła, po kawałku. No i dzisiaj, myśląc mniej więcej trzeźwo (co wcale mnie nie kręci) stwierdzam, że najfajniejsze łuki wychodzą z kafla najpierw ciachniętego w pasek, a potem na plasterki, ale po lekkim skosie. No i korci mnie, coby objechać tak ten zlew dookoła raz jeszcze, ale znam ją, znam, nie będzie jej się chciało tyłka ruszyć.
Od tej cholernej maszyny do cięcia zawsze mam zakwasy dnia następnego. Może zaadoptuję sobie kogoś, wykorzystam do cna i jeszcze każę twierdzić, że właśnie o tym marzył. Czasy niewolnictwa przerobiłabym w lżejszą formę i na pewno byłoby przyjemnie. Sterty pociętych kawałków, kupa kurzu i solidne poklepanie po plecach, puf puf puf, dobra robota.
O ile w łazience tfurczość rozwijała się frywolnie i swobodnie, o tyle z kuchnią mam problem ugładzenia myśli. Nie wiem, czy to zasługa P. czy zwykły praktycyzm, widzę mąkę! Mąkę widzę sklejoną w każdej małej fudze i widzę jak szczotką tą mąkę wydrzeć chcę i nie mogę! Osz ty mąko powszednia, jak Ty mi mózg zakleiłaś i pozbawiłaś odjazdu i rajcu zwykłego, że robię, że zmieniam, że...
Bateria stanowi problem, zakleszczyła się w starym zlewie, zardzewiała - muszę kupić nową. Młody się rozłożył - zapalenie gardła i oskrzeli - miałam więc czas, by z poczekalni pognać do sklepu pana-co-ma-wszystko. Baterie miał - ale dość drogie. I fugę miał też, z brokatem; moja myśl na tyle była zamączona, że już chciałam spróbować, na szczęście anioł stróż delikatnym ruchem wziął z półki młotek i wystukał mi melodyjkę na czaszce.
Czekają mnie więc zakupy, zanurzę się pod kilometrowym dachem i jak na torze kartingowym, obijając się o polskie rodziny będę wyszukiwać fug, baterii i wszelkich innych cudów zrobionych przez małe chińskie rączki.Piękna wizja radosnego popołudnia. I meta przy kasie, gdzie leżą wszelkiego typu gazetki reklamowe wykonane z sympatycznego, chłonnego papieru do wytarcia czoła.

czwartek, 24 marca 2011

Plotki



Dzień się robi długi, poranki witają słońcem. Wspomnieć grudniowy i już się człowiekowi zimno robi, jeja jej, jak po rajtach wiało, jeja jej. Szantami nie lecimy, chociaż lubimy. Swoją drogą ciekawe, że w górach tyle się ich śpiewa - całkiem bez sensu. No, ale co dzisiaj sens ma.
A otóż właśnie. Sens, ma czy nie ma, to ludzie wokół. Przeczytałam w jakiejś super-mądrej gazetce reklamowej wynurzenia pani joginki (na zdjęciu taka śmiesznie pokręcona była, aż się P. zastanawiał, czy ta joga na pewno jej dobrze robi). No i pani joginka stwierdziła, że skoro nie zauważamy ludzi wokół siebie, jaki kolor oczu miała ta pani, a jaką podeszwę buta tamten pan, to niestety, ani chybi, nie zauważamy też siebie samych; w natłoku zdarzeń zetknięcie z samym sobą nam ucieka.
Zastanowiłam się chwilę, bo dłuższe myślenie mnie boli, czy pani miała rację.
Mijam dziennie sporo osób, mój wzrok raczej na nie nie pada. Przepływają koło mnie jak patyk koło mostu. Nie przyglądam się im, chyba, że ktoś czymś mnie zaskoczy, wtedy na krótką chwilę otwieram trzecie oko - takie nagłe ŁYP i już. Oko bardzo szybko ocenia, bez żadnych widocznych objawów kwalifikuje ludzi; panie na prawo, panowie na lewo. Okamgnienie. Chwila. I wszystko wiadomo. Jakoś się nie zdarzyło, żeby oko dało ciała.
Co jeszcze dziwniejsze, oko w swojej naiwności (?), wyczuwa ludzi z netu i zawiera wirtualne przyjaźnie. Pała miłością do Doro, Jemioły i Kury, chociaż kompletnie nie wiadomo, dlaczego tak jest. Może działa tu Pani Imaginacja, która siedzi za okiem i czasami przeciera je brudną szmatką, zostawiając smugi.

Pani Imaginacja rusza do przecierania oka, gdy wydaje jej się, że zbyt długo jest otwarte i się zakurzyło, robiąc robotę całkowicie niepotrzebną.

W ramach sprawdzania słów pani joginki z gazetki reklamowej zauważyłam, że pan policjant, który przyszedł do biura w stroju dowolnym miał zielone bojówki. Zaraz po odnotowaniu tego faktu zobaczyłam w nim człowieka. Oprócz tego zwróciłam uwagę, że musiał w młodości przejść ciężką odmianę trądziku. I na co mi to? Już chyba lepiej, gdy był patykiem.

Chwilę później świadomość spływa z dźwiękami trąbki Franka Waltona i powraca na poprzedni tor; zatopienia w kosmiczne rezolutne maszyny, za pomocą których mogę się z Wami łączyć w pary i trójkąty, snuć wątki i splatać supły.

Zdecydowanie wolę tak. Nie wszystko, jak leci, nie podeszwy i ondul pani sklepowej, ale wysuwanie macek konkretnie do tych ludzi do których oko łypnęło przyjaźnie, brudne, czy nie.

poniedziałek, 21 marca 2011

Liść mlecza


No i tak. Życie płata niespodzianki i pierwszy dzień wiosny potrafi wszystko odmienić.
Mama w cudowny sposób ozdrowiała i czeka nas pewnie niemały kacyk; swoją drogą wielki podziw dla lekarzy, którzy badając nogę Michałowi stwierdzili, że noga jest złamana, a potem, że nie, bo nie ta go boli, tutaj znowu znaleźli tętniaka, który tętniakiem nie jest. Brawo polska medycyno, teraz już bez lęku biorę się na poważnie za gusła.
Druga, nie mniej ważna sprawa to to, że w drzwiach domu przywitał mnie rozjarzony jak wiosenne słońce syn, który z powodu liścia mlecza wygrał konkurs na mistera wiosny. Nieco się poczuwam do wygranej i pierś prężę w oczekiwaniu na order. Najlepszym odznaczeniem była szeroko uśmiechnięta buzia mego dziecka i niekończące się retrospekcje ogłoszenia wyniku jury. No kto wygrał w dzisiejszym konkursie? Nie, nie, nie ta osoba....
end the WINNER IS.............!!! I tu opis opadających szczęk, głośne brawa i wiwaty. Tak tak, bycie gwiazdą to bardzo ważny element w życiu młodego człowieka, który na co dzień zmaga się z wieloma kompleksami i błędnymi interpretacjami rzeczywistości wiejskiej i globalnej, choć z tą drugą radzi sobie zdecydowanie lepiej.
Kolejnym szczęściem wiosennym był werdykt kolejnej komisji, która orzekła, że wzrost syna mego mieści się w normie i nie ma potrzeby atakowania go bronią chemiczną.
Skala szczęścia osiągnęła maksymalny stan, by powoli osiąść i dać możliwość złu, by o sobie przypomniało. Wieści o tragicznych wypadkach docierają co prawda z daleka, niemniej jednak są:

Konia holenderskiego odwiedza w nowym domu duch który kradnie i na dodatek niszczy przedmioty. Z bezpośredniej relacji dowiadujemy się o zniknięciu telefonu, czajniku, który sam się włącza a prysznic odpada od ściany na własnych oczach:)

Porada wiedźmy manowcowej by okadzić dom szałwią w każdym kątku, miarowo obracając się w miejscu i mamrocząc złowróżbnie. Dodatkowo można użyć wody święconej, ale z tą nigdy nic nie wiadomo czy nie chrzczona.

Teoretycznie


Przyszła wiosna. Nie znaczy to, że nie musiałam rano skrobać szyb, ale świadomość już inna i ewentualny śnieg można traktować tak, jak się powinno - jako anomalia. Sprawa jasna.
Wraz z wiosną rozbudził się uśpiony instynkt gniazda i działam w domu. Obecne prace dotyczą budowy mebli. No i jakby to nie brzmiało, są to naprawdę drewniane meble na miarę...
Ojciec nazwał ten model: komplet WILMA, w nawiązaniu do Flinstonów, oczywiście. Cieszy mnie fakt, że stuletnie belki nie zostały spalone w piecu, będą trwały nadal, a mebelki nijak się mają do paździerza z Ikei. Marcin stwierdził, że bardzo pomysłowo to robimy, jak już się zawalą te dwa świerki, co to mi za domem rosną (wszyscy o tym kraczą) będzie schron jak znalazł.
Jak skończę, a kiedyś może to nastąpi, to obfotografuję i pokażę, na razie budowa trwa. Kafle znalazłam w stałym miejscu w Z. Pani wyliczyła, że mam do zapłacenia 5,50 PLN. Fantastyczne zakupy:) Płyta OSB wraz z uchwytami wyszła najdrożej...

Kolejnym pięknym przejawem wiosny był strój, o którym Michałowi się przypomniało wieczorem, a raczej mnie się przypomniało podczas nieskutecznych prób rozpalenia w piecu. Strój do szkoły na pierwszy dzień wiosny, na konkurs.
Chłopak był generalnie załamany, że musi z siebie zrobić idiotę, komentarzom nie było końca i w sumie miał skopany humor tak długo jak o tym nieszczęściu pamiętał. Na szczęście na weekend zapomniał. Na szczęście ja pamiętałam - o dziwo.
No i wszelkie głupie propozycje zostały odrzucone, wygrała opcja najbardziej wiosenna, luzacka i nieskomplikowana pt: LIŚĆ MLECZA:)))

P>S> Teoretycznie to był tętniak. W praktyce go NIE MA !!!!