
Rano gwardia kotów zalewa mi przedpokój, suka wyciska z nich łapami sok. Ubieram stado polarów, kalosze i idę z rozbuchaną, energetyczną na szybkie siku, niestety nie da się wszystkiego obwąchać na raz. Trzeba poczekać do piętnastej, wtedy obwąchamy więcej. Zdumiewający jest ten powiew ciepłego wilgotnego powietrza, wysupłuję czułki z kaptura i merdam.
Szybko szybko, czerwone lewe oko pamięta dokładnie, że przy okazji ostatniego słońca dostało gałęzią prosto w gałę. Trochi pomagają krople od pani, co daje za piniądze, ale niewiele. Pomalować takie oko, coby przypominało coś ładnego, wcale nie jest takie trudne a efekt powala na kolana. Coś jak charakteryzacja do Drakuli. Widzę.
Jestem już prawie ołrajt i glamur nawet, czekam przestępując z nogi na nogę. Sziwa przerzuca mysz z łapy do łapy, istna żonglerka przykuwetowa. Jak niewiele jej do szczęścia brakuje. Ciekawe, czy to ta sama mysz, na którą ostatnio polowałam. Czytałam jak zwykle, okopcona jakimiś mentolowymi cieniasami, co to się tlą jak trociczki i nie można przestać, a tu w chlebaku bar pod złotym leszczem, impreza, szelesty, chroboty. Moje suche bułki w liczbie dwóch, co to je trzymam dla szpanu, oskrobane na gładko, pomiędzy - ona. Zamykam szybkim, sprawnym ruchem chlebak, ściągam z niego masę płyt, by triumfalnie wynieść go na dwór. Otwieram. jedna bułka, druga, jakiś worek, myszy nie ma. No kurcze, gdzie jesteś? Pewnie była taka szybka, że czmychnęła zaraz po podniesieniu kurtyny.
Następnego dnia słyszę - jest. E no, tak się bawić nie będziemy. Szybka akcja, zamknięcie chlebaka, płyty, jestem już w przedpokoju i widzę, jak przez pięciomilimetrową szparę rozpłaszcza się najpierw mały ryj z naciągniętą do granic możliwości skórą, potem oczy jak u kraba, następnie głowa i zaraz po niej ogon. Siup i nie ma. A Sziwka odwraca do mnie łepek znad miski i przesyła żółte spojrzenie pełne dezaprobaty...
Mysz jest w bucie, gdy nadjeżdża mój nadworny stolarz. Wreszcie. Zabiera górne drzwi by dokończyć dzieło. Chyba mi się uda mieć w końcu parę stopni więcej, jest nawet szansa na to, że nie będzie śniegu na płytkach na dole, a płytki mam, moi mili, poniemieckie jeszcze i za nic w świecie z nich nie zrezygnuję, mimo spękań i braku fugi. Nawet mi za bardzo nie przeszkadza, że muszę raz, lub dwa razy w roku brać odkurzacz w dłoń i z każdej szpary wyciągać tonę piachu. Genius loci, czyli Duch Niemca :)
Poza tym mam nadzieję, że sublokatorka chlebaka - oprócz tego, że nie żyje i została pochowana w bucie - nie przeciśnie się przez szparę między drzwiami a progiem. Szpara ta nie dość, że umożliwia łatwe wejście myszom, myślę, że mogłaby stanowić przejście dla innych mniejszych zwierząt, które na szczęście nie występują w naszym klimacie. Tak czy siak, będę o niebo bezpieczniejsza, bardziej niedostępna i w ogóle, dla białego gówna, które lada moment posypie się z góry na dół a i czasem z prawa w lewo.
Dżingl bels, psia mać.
Ale ale, wracając do tematu drzwi, bo przecież o niczym innym nie piszę, robią się. I jak już się tak całkiem zrobią, zakończę kolejny etap remontowy, który pozwoli na dokonanie wyboru. A wybór nie jest prosty, moi mili, wybór dotyczyć będzie kolejnej edycji programu pt: "Ogarnianie chaosu" i wątpię, że bez pół litra rozbieriosz.
Mając na uwadze powyższe, zacznę od odcedzenia nalewki, którą proponuję kolektywnie spożyć, na pohybel i wszem i wobec.