biere nożyczki

I zaczynam wycinać tą kolorową wycinankę. Myśli, słów nigdy nie wypowiedzianych, obrazków, wiórków i skrawków. Zrobię z tego taki ładny ulepczyk, będe nim podrzucać jak Zośką, to tu to tam.

środa, 27 lipca 2011

Wakacje z duchami






No nareszcie. Napiszę Wam pół książki o przyjaźni. Pół, bo znam siebie na tyle, by nie wymagać od siebie rzeczy niemożliwych, ba, i nawet przyjmować to z pokorą. Zakropioną sardonicznym uśmieszkiem.
Miały być dygresje o ziemniaku. Czyli długaśna opowieść o sparzonych, brudnych palcach i wietrze roznoszącym zapach tlących się łętów. Nie wiem, czy mi się chce. Była śmieszna na tej drodze, pełnej wody.
I tak, o wodzie, do której się wbiega, prosto z letniej łąki, w japonkach na nogach.
Dalej będzie nurzanie się w bigosie, w ciepłej kapuścianej masie w którą wpadliśmy, gazie syczącym na niebiesko, bańce powietrza z rozgrzanej masy.
Nieprawda, że odgrzewany dobry jest tylko bigos.
Będzie o Postaci znajomej duszy sprzed 15-tu lat. Generalnie o odgrzewanych dobrych starych duszach, ciepłych, miętkich i dużych. Specjalnie napisałam miętkich. Na dokładkę starych, jak kora na jaworze.

Stare duse na jawoze, heeej
Stare duse na jawoze Stare duse na jawoze
Stare duse na jawoze, heeej

Się nadaje do klepania łyżką drewnianą o udo. Czy ja mówiłam już o Kaśce – ogrodniczce o wyglądzie wiejskiej Marylin, która zaczynała zdanie od „się”? Nie mówiłam, ale de facto - zwrot z namaszczeniem wypowiadany przez polskich polityków, których kocham – już Wam opowiedziałam.
Dalej, wracając, wracając do mej wolności kilkudniowej, będzie o miejscowościach Przedgórza Izerskiego, gdzie czas się zapętlił w spiralę i na dodatek pożarł własną końcówkę.

Dopiero co wróciłam, zapomniałam o rękawiczkach na piecu. Jeszcze się pali światło, a z kubka paruje herbata. Byłam tam przed chwilą. Ci sami ludzie....... powrócą już. W rozmowie, zawieszonym sznurku na pranie, muzyce z Turcji od poznanej pięknej pary. W zamglonym wieczorze na ławce z opon, słuchając koncertu z Gali Izerskiej. Musiało być fajnie – w tamtej chwili, bo gdy dojechaliśmy – już przestało. Diskotrzasko zaprawione letnim niebem, po którym pięły się w góry magiczne papierowe lampiony. Płynęły po skosie – uściślając.
Rynek ze sklepem nocnym. Potem przejście nad wzburzoną rzeką. Tupanie i szuranie, przerywane śmiechami, bo radosna to majówka – mili moi – była.

Słucham sobie właśnie Pearl Jam – Fortunate Song, czyżby to była pieśń szczęściarza? Dobrze się uczyłam w szkole? Oder niśt? Dla wszystkich zgromadzonych przy naszych radioodbiornikach przesyłamy, to znaczy ja i suka pokładowa, przykładny dyg.
Reklama.

O ziemniaku to miało być kilka drobnych opowiastek w sumie. Druga, to historia z noclegiem przed Przemyślem. Przed, bo w mieście o tej godzinie spać nie wypada damom.
W tych pięknych okolicznościach przyrody wylądowałyśmy w skoszonym pasie słomy, biegnącym łukowato przez nierówną płaszczyznę pagóra. Wieczorem w dymie papierosianym trułyśmy komary, głowa przy głowie, nogi o przeciwnych zwrotach. Jak zegarek na piętnaście po dziewiątej. W księżycową jasną noc wyskoczyły zgięte wpół postaci, upodabniając się do stadka dzików. Na przedzie pałąkowaty nestor rodu, obracający głową dookoła szyi jak sowa, za nim tłusta babka jakaś i stadko młodych. Dwie głowy ze słomy wystają jak dwa dojrzałe arbuzy. Patrzą spokojnie, jak stado zaczyna pruć rząd ziemniaków, wydłubując byle jak i ładując ile się da do przyniesionych worków.
Nieruchoma cisza, safari, panie kochany.
To retrospektywna wstawka, żeby Wam opowiedzieć o Koniu Holenderskim, który zaszczycił me progi. Dzieci wsiadają do autobusu, lekko spięci rodzice przypominają sobie gorączkowo jakiej by tu jeszcze porady udzielić młodym ludziom w tej wyprawie do dorosłości.
Stoimy na trawniku, koło szyby naszych. A nasi górą. Machu machu, uśmiech, strzałka, autobus pomału mieli zapiaszczony asfalt. Oczy chwilę za nim jadą, by szybko spotkać się i …
rzucamy się z wrzaskiem na siebie, wykonując dziwny spontaniczny taniec. Potem nikogo już nie ma, jedziemy do mnie. Spać już nie będziemy od tej pory.

Teraz o zasianych góralach w owies. O bezładnym dryfie poprzez morze możliwości, bez parcia w żadnym konkretnym celu. Świszczący czas, stare przysłupowe domiszcza, opuszczone i piękne, zjadane z mlaskiem przez mech.

Mam wrażenie, że się nie wyspałaś, chyba jesteście zmęczeni, no tak, skoczyliśmy susem o piętnaście lat, teraz trzeba odpocząć. Tylko rozmowa nie jest nam do szczęścia potrzebna, bo ono się stało samo.

Odwiedzamy Izę i to spotkanie jest owocne wielce. Dawno jej nie widziałam, a jest tak piękna jak słońce i równie jasna. Wysuwamy macki jak winobluszcz, przylgi się kleją do muru mocnym sokiem. Ważna w tym spotkaniu jest muzyka puszczana z kasety, swobodne tony przeplatane opowieścią o wygranej walce, zakończonej sukcesem. Momenty mrożące krew w żyłach, nieoczekiwane zwroty akcji, oklaski, bisy i riplej, który strzelił drugiego gola.
Jest za dwadzieścia dziesiąta i mamy tylko 20 minut, żeby zdążyć. Lecimy, niepomni na buty, przez mokrą łąkę. A przecież pytałam, czy dać wam japonki, dziewczyny? W świetle telefonicznym przechodzimy po wierzbowych gałęziach na kładkę. Koń Holenderski, niepomny na przeszkody, taranuje wysoką trawę jak łoś po jabłkach. Wygrała pani nagrodę – sklep jest otwarty.

Pani sklepowa jest apetyczna i ma gwiazdy w oczach, wysokoprocentowe. Strzela nimi w niebo i zaśmiewa się głośno, powtarzając „co nie”. Wszyscy ją kochają. Faluje w podrygach gdzieniegdzie.
Iza załatwia komuś bilet na mecz przez internet, rozmowa się wzbija jak wczorajsze lampiony. Wpadają przejezdnie kolejni znajomi, kurcze, jak ćmy z jednego lęgu przy lampie się tłoczymy, by zdziwienie nas co chwilę spotykało.
Wychodzimy na ulicę, latarnie oświetlają asfalt na jaskrawo-żółto, jedzie samochód. Dla żartu machamy, bo przecież a co. W środku parka, młoda dziewczyna z długimi czarnymi włosami otwiera okno. Wsiadajcie.
Ruszamy zrywnie, jakaś chwilowa gadka. Dociera do nas nie stary Bakszysz, lecz zaprawiona orientalnie muzyka pop, jak na dobrym bollywoodzkim filmie. Chwila złapania ostrości, pada pytanie jaka to za muza, dziewczyna odwraca głowę i z dumą wypowiada: AZURA
Reszta wieczoru mija w azurowym blasku słów, które wycisnąć łzy potrafią, nawet Oliwka czuje się olśniona nową wieczorną ksywką, którą została ochrzczona i merda całym tyłem.
Rano dochodzi jeszcze JAKARANDA, z książki o drzewach, którą przeglądamy z Izą.
Azura Jakaranda. Pięknie.

Bigos odstawiłam razem z mięsem, żalu wielkiego nie ma, bo i szału nigdy nie było. Jeśli idzie
o konieczność odgrzewania przyjaźni – jest znikoma. Nieważny jest upływ czasu, jakkolwiek szybko by popylał. Na dodatek, jak mawia Piękna K., ma się te geny. Jedno, czego się robić nie powinno, to odkładać przyjaźni na potem, w gazetę do szafy. Szkoda zdarzeń.

Gryzie mnie tęsknota, narobiłam sobie smaka na inne życie.

P.S. Z tego co mi wiadomo, Koń Holenderski wykupił świnię o imieniu Szczepan. Właśnie go czochra po nosie gdzieś tam w azylu, ale wróci.

P.S.2 Nie opowiedziałam ostatniej opowieści o ziemniaku. Beskid Niski, rozlana rzeka, dwie gołe babki gotują ziemniaki w garnku ukradzionym psu na dziki. Jest nareszcie ciepło, będzie też jedzenie. Siedzimy tam cały dzień, robiąc pranie, gotując wspomniane powyżej. Dochodzi wieczór, koń Holenderski rzuca w krzaki: Dobra, już możecie iść do domu chłopaki.
I ten szalony szelest łamanych krzaków szy szy szy szszsz:))))))

12 komentarzy:

  1. Uroczo zawiła ta opowieść, co ci się w głowie kłębi, kochana...?

    ...rzewność i tęsknota...

    Tak z grubsza. Czy tak?

    OdpowiedzUsuń
  2. Mlasku - mlasku, jak pięknie się czyta! Oj weźź Ty napisz książkę, serio, zepnij się w sobie! Teraz można wydać w niewielkim nakładzie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jestem zauroczona Twoimi słowami. Dobrze mi.
    Gdzie te moje przyjaźnie na śmierć i życie?
    Chyba same nie wrócą - trza im wyjść na przeciw!
    A jeżeli umarły, to pochować.
    Serdeczne pozdrówki!

    OdpowiedzUsuń
  4. Opowieść z morałem- nie odkładać przyjaźni na potem. Zakoduje te słowa w pamięci.

    Empiryczne badania nad naturalną śmiercią przyjaźni udowodniły mi, że się z czasem oddala…oddala i sama nie chce wrócić, trzeba jej podać dłoń a i to niekiedy nie pomaga.

    OdpowiedzUsuń
  5. Dziękuję Wam wszystkim i każdej z osobna za miłe słowa, okruszki sympatii i śrubki nakręcaczki:)

    OdpowiedzUsuń
  6. za długie, nie chciało mi się czytać

    OdpowiedzUsuń
  7. (tak się nabija licznik komentarzy)

    OdpowiedzUsuń
  8. zbyt może
    za długi hymn
    za gruby hymen

    Urodziłem się z dzieworódki, mówię wam: od razu na wstępie miałem przejebane...

    OdpowiedzUsuń
  9. (opsss.. zdaje się, że pomyliłem kozetki)

    (a, bo ta atmosfera tu też taka, doktorska)

    OdpowiedzUsuń