Już drugi tydzień prowadzę samotne życie, nie licząc towarzystwa psio - kociego. Z Bojsą coraz lepiej się dogadujemy, zwłaszcza przy zapewnieniu jej rozrywki w postaci długaśnych przebieżek. Brak ruchu i siedzący tryb życia zastygł moje mięśnie na krzesełku więc staram się to zmienić. I tak startuję za domem, a że tam kończy się cywilizacja w sposób nagły, jestem w niezwykłych okolicznościach przyrody. Odkrywam na nowo uroki świata biegnąc na przełaj przez zmrożone pole, kapitalne odczucie - rodem z Szuflandii, kiedy główny bohater wspinał się po Kasi i jej ponętnych kształtach. Śmigam po wypiętym dupsku ziemi, by za chwilę zbiegać z niego i wdrapywać się na inną wypukłość. Dobrze, że chociaż Kura ma dobre buty, ja przekopuję allegro za butami do biegania i te, które by mi pasowały to dobre pół miesiąca dojazdów do pracy. Mówi się trudno i biega się w tym co ma, wysłużonych trekingowych butach w góry.
Fristajl fristajlem, ale okropny szelest spodni odstraszający dzikie ptaki spowodował zakup leginsów z polarkiem. Swoją drogą skojarzenie obowiązującej mody (tunika + legginsy) ze Szrekiem wywołuje szeroki uśmiech. Ale co ja Wam tu o ciuchach!
Były u mnie dziewczyny, zajechały znienacka i musiały czekać, aż wrócę z uroczystości rodzinnych. No nikt nam wieku nie wypomni słuchając tej kakofonii pisków i wrzasków:) Powietrze przyjemnie trzaskało a wspomnienie tego wieczoru wypaliło na serduchu znak, że właśnie tak. Oby częściej, moje miłe panie!
Na stole leży kolejna mozaika, jakoś mi pod górkę z nią, może o kolory chodzi, że za chłodne, a może o co innego. Leży i czeka na lepsze czasy, obok jakieś próby namalowania anioła z kozami, kolory mi grają, ale cała reszta lipa:) Chyba jestem bardziej rzemieślnikiem niż artystą, chociaż rzemieślnik nie ma prawa do lenistwa, a artyście to uchodzi. Czyli jak zwykle: bo ja jestem proszę pana na zakręcie;) i jak mi wygodnie, to tak się ułożę. Nie wymagając od siebie zbyt wiele.
szkoda, że nie widać, jakie są ogromne, zadzieram głowę do góry i wielkie srebrne cielska kiwają się wysoko nade mną
Nadejszła na mnie faza wegetarianizmu. Niby nic wielkiego, kolejny spalony pies, inny zlany pałą po głowie - do dzisiaj mi w uszach dźwięczy jego płacz. To jak, szanowna pani, to jak, tyle wsopółczucia w tobie? Tyle zrywów narodowowyzwoleńczych? Hipokrytką nie bądź! Krowa mi od dawna z talerza łypała spokojnym okiem i długimi firankami rzęs, spotkana kiedyś w nocy świnia, która uciekła z chlewu by zobaczyć pełnię uświadomiła mi że żyje. Króliki są do głaskania - jak koty.
Ja nie mówię, że to na zawsze, zostawiam sobie przepustkę na grilla przy piwie, ale póki co... Wyszukują mnie na półkach dziwne produkty, wczoraj na przykład imć cieciorka w puszce, która po zmiksowaniu i dodaniu jajka i kilku innych substancji zmieniła się w bardzo dobrego kotleta. Czytam literaturę fachową w przerwie na położenie nóg na stole i jest mi dobrze.
Czego i Wam życzę, amen.
P.S. Znalazłam nową, nowiuśką ambonę. Nie stoi daleko, wystarczy przejść się na krótki spacer. Zainteresowanych - zapraszam :)



