Jer wyjechał do Babyci. Cisza, spokój, przerywana jednostajną bójką psią pod drzwiami mojego domu. Oblanymi już nie raz. Bojsa brązowymi oczami prosi o wolność, dochodzę do wniosku, że tak dłużej się nie da. Sukę na smycz, przygotowany kij podręczny i podgnite jabłka. Ot, wiejska wycieczka.
Aparat obija się o pierś, noga prawa zatacza kręgi, drzwi wolno udaje się otworzyć, załadować sucz do auta też się udaje. Wsiadam i ja. Przez okno widzę, jak na pożegnanie jeden z Jeckyllów obsikuje mi oponę.
Z niekłamaną satysfakcją mijam testostereony i jadę niedalej niż 2 km za wioskę.
Proszę Państwa i tam zaznajemy szczęścia.
Styczeń w takiej formie spokojnie może się plasować na trzecim miejscu w rankingu ulubionych pór roku. Kruk na mnie z góry kracze, wrrrrracaaaj, wrrrrracaaaj, bo tam w domu czeka ogród państwa O. Zrobisz, będziesz miała luzu na tyle, by znowu się zagubić w tym niesamowitym odludziu.
Dorotella mówiła, coby się nurzać w przyjemnościach dnia codziennego, chciałabym to pielęgnować chociażby w takiej piętnastominutówce jak ta; jeszcze gdyby mi się udało ubrać dres i trampki, to już w ogóle byłoby nieźle. Na szczęście na razie mam wymówkę, że jest błoto. Potem zobaczymy. Może się żmije obudzą.