biere nożyczki

I zaczynam wycinać tą kolorową wycinankę. Myśli, słów nigdy nie wypowiedzianych, obrazków, wiórków i skrawków. Zrobię z tego taki ładny ulepczyk, będe nim podrzucać jak Zośką, to tu to tam.

środa, 29 lutego 2012

czarna maggi


Żeński gong fen miał mi coś do powiedzenia na warsztatach jogi. I powiedział, nie tylko mi zresztą. Silny niepokój, który w nocy z piątku na sobotę przypłynął wraz z groźną czarną woda i poszukiwaniem zmarłych osób, zwielokrotniły infradźwięki, które według jednych - leczą, według drugich - potrafią zatrzymać akcję serca.
Od tamtej pory czekam na najgorsze i nie wiem - może to ten stan, który się we mnie utrzymuje, a może po prostu zbiesiłam się nieco.
A mówił ksiądz dobrodziej, że z tą jogą, to trzeba uważać, coby nie wpaść w złe moce; a ten buddyzm cały to religia okultystyczna i obłaskawianie demonów.
Mądry Polak po szkodzie co cudze chwali, lepiej się zabiorę za grządki i matka ziemia ześle ukojenie. Wiosna nadciąga, będę robić powitanie słońca w gumowych rękawicach.

wtorek, 21 lutego 2012

Wróg się czai w Ustroniu

Odwiedziliśmy Mamę łapiąc się na ostatnią część zimy tego roku.

Próbowała nas pokonać

lecz została zjedzona.


Na szarym końcu wierszyk o mchu:

mech jest tu
nie chcę mchu
to nie śmiech
ktoś zjadł mech
no i zdechł
a to pech

Koniec.

P.S.
czy ktoś zna tą poważną pozycję?

środa, 15 lutego 2012

Motyle

Myśli mają to do siebie, że jeszcze przy zlewie są. Potem rozwiewa je czynność, całkiem inna i już za chwilę nie ma, popłynęły, znikły. Tłuką się jeszcze chwilkę po ścianach, znajdują małą szczelinę pod drzwiami, ulatują nad schodami jak zjawa. Czasem zahaczą jeszcze wrażeniem o czyjąś głowę, potem zasysa je cieniutka szczelina okienna, lub walą prosto dziurą na strych. Wzdłuż komina się otrą i całkiem już, zupełnie wolne płyną.
Ktoś otworzy drzwi, wpuszcza do środka cały tłum nowych, co wiją się przed oczami jak stadko głodnych kotów.
Tyle chciałabym móc złapać. Jak kolorowego motyla, by móc go pokazać innym.

Dzisiejszy śnieg był całkiem dobry, tak, właśnie dobry, bo skoro już był, mógł być przecież mokry, ciężki, przylepiający się do butów jak błocko. Nie, ten był okay, wskakiwał niemalże sam na łopatę, opadał gruchnięciem na pobocze; noo, tylko ten z wierzchu pchany wiatrem wbijał się jak lodowata bryza w twarz.
Wiatr jest mocny, dmucha od Karkonoszy z szamańską mocą, niesie wspomnienie rozleniwionego słońcem pagóra, zarżniętego nocą z zimną krwią. Wiatr dusiołek, wyciskacz fobii i niechęci, brzydal, jednym słowem. Z drugiej strony ciemna strona mocy też ma w sobie coś pociągającego.

Wpadłam w histerię domagając się pługa w białej kipieli. Czemu pani do mnie krzyczy? - pyta w końcu. - Muszę spytać dyrektora. Potem, gdy byłam już w domu i znowu kąpałam się w grzańcu, zeszła ze mnie paranoja i nawet cieszyłam się zajadle, gdy się dowiedziałam o twoim kąpaniu się w śniegu, mości dyżurny. Bardzo ci dobrze tak, o gdybyś zmarzł jeszcze. I co ty mi będziesz opowiadał smętnie, że żałujesz, że nie wziąłeś urlopu przed akcją zima. Mam ochotę pozłościć się jeszcze, że jesteś od tego, jak to do tego.

Zupki? Z grzaneczkami?

Tęsknię do nich jak diabli, do tych wszystkich letnich motyli, o które ocieram się za rzadko, ciepła i smaku soli na skórze. Zapachu nagrzanego drewna, trawy i kamieni. Tego spokojnego bycia przy stole, na którym stoją świeczki w butelkach, wosk kapie na surowe dechy, ciepły i rozlazły. Lepię kulkę w placach rozmawiając z tobą, słuchając ciebie. Dzień i noc krążą po orbicie a największym problemem jest to, kto pójdzie do sklepu. Potem problemem jest to, że trzeba wrócić po to, czego się zapomniało, a później już nie ma to większego znaczenia. Bo zachodzi słońce na pomarańczowo, a wraz z pierwszymi gwiazdami niebo robi się zielonogranatowe, w moim ulubionym kolorze.




Cała ta podróż odbywa się pod żółtą latarnią, która natarczywie zagląda mi przez okno.

czym byłby swiat bez ciebie
a raczej moje wyobrażenie
z rzadka nadchodzącym piknięciem
na wyświetlaczu i w głębi
śnię, jem, jadę
szumi cisza
pali się woda

poniedziałek, 13 lutego 2012

Tęskniłki II


Nie mogę czytać książek od Gugu - przynajmniej tej. Ma w sobie guzik od małej bomby zegarowej, która tyka we mnie...Mowa o "Jadąc do Babadag" Stasiuka.

- A ty znasz Stasiuka?
- Yyyy, nie kojarzę gościa, ale kiedyś się tu pewnie spotkaliśmy


Czytam o jego podróży, widzę jego oczami i kiełkuje podlane lekturą nasionko, rozpiera skórkę i pęka. Jadę w nagrzanym pociągu, mijam słupy ciągnące się po horyzont na tle zachodzącego czerwonego słońca. Piję palinkę.

Trrrrrrrrrrrr, pobudka, obudź się, to ja - zima i okowy życia codziennego, ta ciężka kula, która ciągnie się za nogą kiedy tylko chcę gdzieś prysnąć. Odbija się czkawką w każdy niedzielny wieczór, zniechęca do powrotu skądkolwiek.

Czasem wyobrażam sobie jak to jest niemieć. Całej tej gromady domowej, wszystkich wszechrzeczy, co wiszą na mnie jak bombki na choince. Niby nic, a remont podłogi jest czymś niewyobrażalnym, mając na uwadze, że wszystko trzeba by wynieść. Gdybym nie miała?

Zakładam śmietnikowe biegówki i tnę brzuch Kalinki, znajduję wygrzebane jamy w śniegu po sarnim śnie - ile tam śmieci...Ogryzki, kukurydza - zmieniam zdanie o tych stworzeniach, które jawiły mi się dotąd jako eteryczne, szybkonogie gracje. Takie same śmieciuchy jak ja. Ciekawe, że nie śpią na żadnej ściółce, tylko dogrzebują się do ziemi.

Uniki


Pierwszy raz zwiałam z koncertu, albo dawno nie. I wcale nie chodziło o to, że grali źle - po prostu przynudzali. Cieszy fakt, że możesz z czegoś świadomie zrezygnować, wyjść po drugim secie i przed trzecim obiecanym, z pierwszego rzędu grupowo na papierosa, choć nikt - no, prawie- nie pali. Siarczysty mróz we Wrocławiu i poszukiwanie knyszy na dworcu głównym, jak za starych, smarkatych lat. Mijamy te same stwory dworcowe co dwadzieścia lat temu.
Komentujemy później z K., że w szóstej klasie szkoły podstawowej - ona w ósmej, jechałyśmy pociągiem na koncert Dżemu do Pałacyku. Rysiek jak zwykle nie mógł wyjść, cała sala gwizdała i piszczała, my przejęte przy samych barierkach. Do dzisiaj pamiętam obcisłe spodnie K. w szaro-czarne paski. I glany.
Chodząc po Nysie widziałam taką malowniczą grupkę - ćwieki i skóry, różowe irokezy - uśmiecham się pod wąsem, ja - urzędnik państwowy, kiedyś walczący z babilonem za pomocą zasupłanych rzemyków na ręce.
Uciekamy z koncertu do domu, kominka i kapci, szadzi porannej, co zaczarowała mi góry w bajkę o królowej śniegu. Do rodzinnych obiadków, łyżew na nocnej tafli.
Do bezliku nieistotności, które pozwalają odpocząć i nabrać oddechu przed szaleńczą gonitwą tygodnia.

Codziennie, przez pięć minut znaleźć czas dla siebie. Na złapanie oddechu.

czwartek, 9 lutego 2012

Mrożone kabanosy

To wcale nie był najlepszy pomysł. Słońce zachodziło za górami i wszystko wskazywało na to, że jest zima, o tak o:



Umówiłam się z Sąsiadką zza Największej Góry, że owszem i czemu nie, pojedziemy sobie w las na konikach, a koniki to miłość Pani Sołtys - jak się należy. Zanim wyczyściłam Bachusinę, zanim ją osiodłałam, zrobiło się ciemniej no i zimniej oczywiście też się zrobiło, ale nauczona doświadczeniem, wierzyłam, że w każdym sporcie człowiekowi ciepło. A to wcale nieprawda...

Jeszcze strzyżemy uszami i jedziemy przez wieś, jeszcze mijamy ostatnie domy, jeszcze w przypływie rozluźnienia wyciągam z pasa na plecach aparat i udaje mi się zrobić zdjęcie...



Wkrótce otwiera się przed nami przestrzeń i jest nader pociągająca dla konika wystałego w stajni. Wstrząśnięta nie zmieszana zapieram się w strzemionach, a Bachusina koniecznie chce mnie wystraszyć i mimo ściągniętych wodzów, pociska jak koń bojowy przez pagóry, krzaki i wądoły. Aparat skacze mi na szyi i jedyną myślą jest ta, że nie spadnę, bo mi go szkoda, bo czasami fajne zdjęcie udaje mi się nim zrobić, a poza tym jak w tym śniegu poznajduję wszystkie elementy?! O nie. Wkurzona wypuszczam grom z płuca, że jak się nie uspokoi, to i tak i siak, złorzeczę, w końcu pocisk charcząc i łypiąc gałą staje.

Wracamy do Sołtyski, która uspokaja Agata cukierkami żeby nie pognał za przyjaciółką. Śmieje się z daleka i gratuluje, że siedzę. A we mnie buzuje krew Komanczów.

Jedziemy na Gromnik, oniemiałe sarny patrzą na nas bez strachu, podjeżdżamy drogą raubritterów na szczyt, do nieistniejącego zamku. Pod dębem siedzi Czirne i miętoląc w ustach skręta mówi: - za długie masz strzemiona, mała.

Wracamy, rzucam palenie nie wiadomo który raz, jestem teraz prawdziwym cowboyem.

Na brzuchu pagóra dobiera się do nas mroźny wiatr, szpilki w policzkach, palce schowane pod grzywą Bachusiny. Za mną czarny cień Agata i Sąsiadki zza Największej Góry - skulonej i przemarzniętej do szpiku kości.

Rozgrzewam się w domu gorącą kąpielą, z pary wyłaniają się białe paliki palców stóp, które wypełniają się powoli krwią jak termometr rtęcią. Do uzupełnienia kuracji dostaję czerwone grzane wino.

Konkluzja? Nie ma. Pięknie było.