Znowu Kaman tarabani rano o uszy, w sensie że budzik męczy świadomość, biegnę na wyścigi z Bojsą, ona - by spod śniegu jakiegoś śruta zeżreć, ja - by w drewutni natrzaskać jakiś suchych belek, co mi z remontu dachu zostały.
A biegnę ubrana tak: Szara piżama z ogromną żabą w koronie na piersi, do tego fioletowy szlafrok z polaru w zielone arbuzki z łapkami, na to brązowa puchowa alaska z futerkiem, zielona czapka smerfeta wydziergana przez Mamę. Całość dopełniają buty trekingowe, założone na gołe stopy. Wieeem, pięknie:)
Trzeba wytężyć niedobudzone zmysły, coby zmrożone paluchi nie zostały odrąbane.
Już, trzaska.
Michaaaał! Michaaaał!
Lube dziecię podając talerzyk, zawisło na drzwiczkach od kredensu, odłupując je od spójnej całości. Perfidnie pękły wzdłuż dziur nakłutych gwoździami mocującymi zawias. Stałam na środku kuchni piszcząc, przyłożywszy teatralnie ręce do ust. Kredens wytrzymał drugą wojnę światową, szaleńczy transport po górach zimą, a trafiony został ręką jedenastolatka. Czy może czasu....
Naprawdę się staram. By cholera, co to ją w sobie mam, nie wylazła po całości. Spycham ją do środka i ubijam jak w moździerzu. Puk puk puk.
Potem szukamy klucza. Potem szukamy rękawiczki. Jeszcze kot uciekł nasrać do kwiatka zapewne, a niezrażona niczym Bojsa kręci się i wszystkim pomaga waląc ogonem po nogach. Tyk tyk, bim bom i nie wiadomo, czy to czas się huśta na wahadle, czy może moja bomba zegarowa.
Znowu spóźnieni wsiadamy do auta, by jechać na czołgistę do pracy. Sypią się słowa, bo ty to zawsze, bo ty to nigdy, a za oknami miga nam zima skuta jak luty.
I gdzie ten spokój OM? I gdzie czas na spokojne skupienie się wewnętrzne? Eee, ściema dla samotnych. Ci, co mają dzieci nie mają olśnień metafizycznych tak pięknych, jak klucz znaleziony w pralce, kot złapany na pustyni, czy odnaleziona przypadkiem skrobaczka do szyb.
Skąd tęskniłki? Bo gdy emocje już opadną, pakuję się na swój stołek i obmyślam plan na sobotę. Będzie dużo czasu. Na szukanie.
http://www.tenpieknyswiat.pl/2010/02/10/trasy-narciarskie-w-gorach-stolowych
wtorek, 31 stycznia 2012
czwartek, 26 stycznia 2012
Optymizm manowcowy.
Opowieść Toya o zasłyszanej audycji radiowej i wynikła z tej opowieści impreza okraszona muzyką Kasi Kowalskiej(!)wróciła do mnie wczoraj z pełną mocą, powodując wymyślanie głośnych wrzaskliwych piosenek w środku lasu.
Ale po kolei.
Spiker stwierdził, że są różne rodzaje bólu. Np. red bull, pit bull, inne jeszcze wymyślał, a Kasia Kowalska zna je wszystkie. Rzeczywiście, słuchając jej kompozycji doszliśmy do tego samego wniosku i im smutniejsza piosenka w Kasi wykonaniu płynęła z głośnika, tym bardziej zaśmiewaliśmy się my, loża szyderców. Nawet "Coś optymistycznego" powiało bólem, mniejsza z tym, że pewnym stopniem żenady także.
Idąc wczoraj z suką do lasu zobaczyłam obraz, który u dołu możnaby podpisać "Coś optymistycznego". Oto on:

Patrząc na niego, twarz zaczęła mi się wędrowyczowsko rozjeżdżać w słowiańskim uśmiechu. To jest dopiero skala szarości! To są widoki zapierające dech w piersiach! A kto powiedział, że lazur i żółć to kolory zarezerwowane dla radości? Bzdura, dawno żaden z ww. mnie tak nie rozbawił jak te oto, dwa, wdzięcznie ze sobą sklejone, niedaleko od siebie upadłe, przybrudzone anioły.
Dalej poszło gładko - błotnista bura droga, nastroszone, koślawe, czarne świerki, przelatujący kruk, który ciszę rozdarł przenikliwym wrzaskiem. Rozwalone budynki pocysterskiego folwarku, sypiące się tynki i lampki ogrodowe zanurzone w śniegu, które mimo wszystko świecą, choc za każdym razem inna.
Ale po kolei.
Spiker stwierdził, że są różne rodzaje bólu. Np. red bull, pit bull, inne jeszcze wymyślał, a Kasia Kowalska zna je wszystkie. Rzeczywiście, słuchając jej kompozycji doszliśmy do tego samego wniosku i im smutniejsza piosenka w Kasi wykonaniu płynęła z głośnika, tym bardziej zaśmiewaliśmy się my, loża szyderców. Nawet "Coś optymistycznego" powiało bólem, mniejsza z tym, że pewnym stopniem żenady także.
Idąc wczoraj z suką do lasu zobaczyłam obraz, który u dołu możnaby podpisać "Coś optymistycznego". Oto on:
Patrząc na niego, twarz zaczęła mi się wędrowyczowsko rozjeżdżać w słowiańskim uśmiechu. To jest dopiero skala szarości! To są widoki zapierające dech w piersiach! A kto powiedział, że lazur i żółć to kolory zarezerwowane dla radości? Bzdura, dawno żaden z ww. mnie tak nie rozbawił jak te oto, dwa, wdzięcznie ze sobą sklejone, niedaleko od siebie upadłe, przybrudzone anioły.
Dalej poszło gładko - błotnista bura droga, nastroszone, koślawe, czarne świerki, przelatujący kruk, który ciszę rozdarł przenikliwym wrzaskiem. Rozwalone budynki pocysterskiego folwarku, sypiące się tynki i lampki ogrodowe zanurzone w śniegu, które mimo wszystko świecą, choc za każdym razem inna.
środa, 25 stycznia 2012
narciarstwo błotne
Suka szczęśliwie podgryza mi rękawiczki, mocuję się z archaicznym zapięciem przy nartach, pomagam sobie kijem i rzuconą obelgą. Śnieg jest mokry, ale jakoś się posuwam do przodu. Bezkresne białe brzuszysko ziemi śpi spokojnie stykając się z szarością chmur. Kraina lodu i futra.
W lesie na dole śniegu jest coraz mniej, ale niezrażona sunę po wystających patykach, marząc o zachowaniu zębów. Zaczyna się błoto.
Pokonuję strumyk i wychodzę w ogromną polną przestrzeń na której stoi dom K. Jest to samotne, ogromne XIX - wieczne gospodarstwo, otoczone powykręcanymi artretyzmem drzewami owocowymi. Przy rozhuśtanym płotku stoi pan K. i rękę przyłożoną do czoła trzyma sobie... patrzy na pannę, co spomiędzy polnych kolein wybiera resztki śniegu, by przeczłapać niezdarnie na biegowych nartach.
Rzucam mu donośne dzień dobry.
A potem z furią uparcie przedzieram się przez błoto naprzód, by dotrzeć pod krawędź lasu na horyzoncie, skąd mogę zjechać do znajomych na kawę.
Wzrok pana K. - bezcenny, jeszcze teraz się uśmiecham pod wąsem i kolejne zdjęcie pamięciowe do albumu wspomnień wyraźnych doklejam.
Oprócz zwariowanych pomysłów znowu nawiedziłyśmy Nysę, kolejna zenitowa sprężynka zamontowana została gdzie potrzeba. Dziękuję za kciuki:)
niedziela, 22 stycznia 2012
Cioci torba
Zgilszcza dymią:) Na zgliszczach siedzi wrona i żuje otępiała skórkę od pizzy. Ostatnie odchodzące buty jeszcze jej chrupią w uszach, a w oczach lekko wiruje świat.
Bardzo długi weekend to był i w sumie można powiedzieć, że zaczął się od czwartku, gdy niewinnie ugnieciony włoski placek na drożdżach zgromadził przyjaciół przy wspólnym stole w Manowcach. Przy placku nie sposób czegoś nie wypić.
Piątek. Piątek też nie był gorszy. Kamyczkowe siostry zasiadły do wozu i pojechały wyginać zastałe kręgosłupy. I zgubny czar kamieni znowu je zgromadził w kuchni, a stamtąd się prosto nie wychodzi.
Sobota dała się we znaki po trzykroć. Nawałnica nabrała mocy i przywiała Matkę Ksesną. Zupa, spracowanymi rękami mojej Matki wykonana, zatarła łapki z zadowolenia - będą goście. I tako się stało. W sumie przewinęło się przez dom 17 osób, z czego wszyscy mieli zamiary przyjazne. Oprócz burbona.
Burbon pity o 4 nad ranem nie jest dobrym pomysłem na niedzielę. Zwłaszcza kiedy trzeba odwieźć dziecko, przywiane do tego domu rozpusty przez ojca swego. Zamiast ukoić skołatane nerwy i wypocząć, zostało zassane przez czarną dziurę, która wypluła je w niedzielny poranek prosto na zimowisko.
Był też spacer, jako zwieńczenie tego miłego spotkania; góry przez noc urosły i tylko siłą woli dotarliśmy na szczyt. Ziemniak miał dosyć.
A przecież w niedzielę miałam wystartować w zawodach narciarstwa biegowego. Organizator mi wybaczył bez problemu - zasnął.
Z głębi oczadziałego wypoczynku wyrwał mnie telefon jednej z sióstr kamyczkowych, z zaproszeniem na koncert "jakiejś bałkańskiej grupy". Zagwizdałam na palcach i zjechaliśmy na koncert szumnie w składzie zacnym.
W holu restauracji Dolnośląskiej przywitał mnie z kartką w ręce człowiek, który orzekł jednogłośnie, że nie mam rezerwacji. Poczułam się zagubiona, opuszczona przez świat i kopnięta w tyli niesprawiedliwością. Za szybką obrusy, przy obrusach stare chrupki. Oczom nie wierzę.
Zjawili się w końcu, potwierdzili zgodność czasu i miejsca, mała dostawka i już siedzimy, otoczeni kwadratowymi talerzami z szarlotą, zrolowanym przez push up biustem pewnej pani i jej partnerem, który usnął, a ze snu wyrywały go jedynie wyższe partie wokalne. Nieśmiało pobrzękują kieliszki z czerwonym trunkiem, cichy szmer rozmów, wszyscy wypolerowani i w pomadzie. Obyczajowy drut w plecach nie pozwala na szczery rechot.
Są!
Caci Vorba w składzie ich czterech i Ona.Ja tu się nie będę rozpisywać, jak mają na nazwiska i kto na czym gra, bo to przecież możecie sobie sami zobaczyć, o ile nie chcecie tych informacji pozyskiwać ze stron rządowych:)
Niesamowite. Głos rozedrgany tysiącem wibracji z tak miękkim, cudnym nastrojem, rozświetlony uśmiechem i zadymiony zadumą. Niezwykły prezent i najpiękniejsze zwieńczenie tego czasu, przepełnionego ludzkim gwarem, ba, nawet tańcem grupowym:)
1)Rzucam palenie,
2) Nie spożywam.
Bardzo długi weekend to był i w sumie można powiedzieć, że zaczął się od czwartku, gdy niewinnie ugnieciony włoski placek na drożdżach zgromadził przyjaciół przy wspólnym stole w Manowcach. Przy placku nie sposób czegoś nie wypić.
Piątek. Piątek też nie był gorszy. Kamyczkowe siostry zasiadły do wozu i pojechały wyginać zastałe kręgosłupy. I zgubny czar kamieni znowu je zgromadził w kuchni, a stamtąd się prosto nie wychodzi.
Sobota dała się we znaki po trzykroć. Nawałnica nabrała mocy i przywiała Matkę Ksesną. Zupa, spracowanymi rękami mojej Matki wykonana, zatarła łapki z zadowolenia - będą goście. I tako się stało. W sumie przewinęło się przez dom 17 osób, z czego wszyscy mieli zamiary przyjazne. Oprócz burbona.
Burbon pity o 4 nad ranem nie jest dobrym pomysłem na niedzielę. Zwłaszcza kiedy trzeba odwieźć dziecko, przywiane do tego domu rozpusty przez ojca swego. Zamiast ukoić skołatane nerwy i wypocząć, zostało zassane przez czarną dziurę, która wypluła je w niedzielny poranek prosto na zimowisko.
Był też spacer, jako zwieńczenie tego miłego spotkania; góry przez noc urosły i tylko siłą woli dotarliśmy na szczyt. Ziemniak miał dosyć.
A przecież w niedzielę miałam wystartować w zawodach narciarstwa biegowego. Organizator mi wybaczył bez problemu - zasnął.
Z głębi oczadziałego wypoczynku wyrwał mnie telefon jednej z sióstr kamyczkowych, z zaproszeniem na koncert "jakiejś bałkańskiej grupy". Zagwizdałam na palcach i zjechaliśmy na koncert szumnie w składzie zacnym.
W holu restauracji Dolnośląskiej przywitał mnie z kartką w ręce człowiek, który orzekł jednogłośnie, że nie mam rezerwacji. Poczułam się zagubiona, opuszczona przez świat i kopnięta w tyli niesprawiedliwością. Za szybką obrusy, przy obrusach stare chrupki. Oczom nie wierzę.
Zjawili się w końcu, potwierdzili zgodność czasu i miejsca, mała dostawka i już siedzimy, otoczeni kwadratowymi talerzami z szarlotą, zrolowanym przez push up biustem pewnej pani i jej partnerem, który usnął, a ze snu wyrywały go jedynie wyższe partie wokalne. Nieśmiało pobrzękują kieliszki z czerwonym trunkiem, cichy szmer rozmów, wszyscy wypolerowani i w pomadzie. Obyczajowy drut w plecach nie pozwala na szczery rechot.
Są!
Caci Vorba w składzie ich czterech i Ona.Ja tu się nie będę rozpisywać, jak mają na nazwiska i kto na czym gra, bo to przecież możecie sobie sami zobaczyć, o ile nie chcecie tych informacji pozyskiwać ze stron rządowych:)
Niesamowite. Głos rozedrgany tysiącem wibracji z tak miękkim, cudnym nastrojem, rozświetlony uśmiechem i zadymiony zadumą. Niezwykły prezent i najpiękniejsze zwieńczenie tego czasu, przepełnionego ludzkim gwarem, ba, nawet tańcem grupowym:)
1)Rzucam palenie,
2) Nie spożywam.
czwartek, 19 stycznia 2012
Zimowo
Kapie sobie za szybką. Jestem już myślami w Manowcach, czuję dotyk mokrej klamki w drzwiach. Myślę nieskładnie. Czuję się jak jaszczurka włożona do słoika. Z góry patrzą na mnie czarne, błyszczące oczy chłopca.
Albo nie.
Pasę się w burym polu otoczona pozornym bezpieczeństwem szarej niskopiennej chmury.
W rzeczywistości trzeba mi się obudzić i sprawdzić, jak to jest być.
środa, 18 stycznia 2012
Mientko na nogach
No proszę państwa, tak źle to nie jest, dziękuję wszystkim oburzonym, że jak to, że czemu - piszę przecież! Pomału czuję się jak wysunięty na placówkę korespondent wojenny, co to gdy się nie odzywa, to od razu, że nie żyje. Żyję! Z wszystkimi swojemi idiotycznymi pomysłami, brakiem czasu na pracę i innymi narowami.
Spadło całe mnóstwo śniegu. Zamiast iść póki jasno, wyczekałam na moment, kiedy światło zgaśnie, żeby nie było za łatwo. Potem na strych, by grzebać w szafie. I co, co? Głupio Ci? Znalazłam od razu! Kupione latem buty do nart biegowych. Za całe 10 zł na targu.
Przymocowałam toto do długaśnych nart, na których ostatnio biegał Fridtjof Nansen i siup! Byłoby beztrosko, gdybym miała kijki odpowiedniej długości - niestety, tegoż sprzętu mi brakuje i dzięki temu, że dziecka nadal nie ma, pożyczyłam jego kije do zjazdówek. Trochę krótko. Ale nikt nie powiedział, że muszę od razu przegonić Justynę.
I było całkiem nieźle; chwaliłam starostwo nieprzejednane, że dróg nie odśnieżyli, bo to jest atrakcja móc tak sobie latać po asfalcie.
Potem jeszcze mi było mało, a w sumie to wściek mnie dopadł jakiś, bo cały mój dom został obwieszony tzw. szpejami (czyt. liny, karabinki alpinistyczne), na których huśtać się zaczęły koty i podzwaniała suka. Moja przestrzeń, dotychczas okiełznana i zazdrośnie strzeżona przed płcią odmienną, zaczyna się bowiem kurczyć. Obiecałam sobie, że już nigdy, że nawet szafy na skarpetki nie dam, ani jej kawałka. Że suszarka powiewać będzie jedynie cieńkimi gatkami o skąpym kroju, a tu masz.
Na razie patrzę na to z szeroko otwartymi oczami, balansujemy na krawędzi akceptacji tego stanu i nie wiadomo co dalej. Oddycham spokojnie. Potem nie wytrzymuję i muszę iść pobiegać, mokry śnieg oblepia mi policzki, sucz wariuje w zaspach i ściga nieistniejące fobie, ona swoje, ja swoje.
Biegnę i moje myśli też, do źródełka żywej wody, co ma moc uzdrawiania, źródełka spokoju. Niech obmywa lęki, sprawia cuda. Niech się stanie.
wtorek, 17 stycznia 2012
Gromnik
Nowo powstała wieża na Gromniku jest za niska, żeby coś z niej zobaczyć, ale i tak miejsce jest na tyle magiczne, że będę je odwiedzać. Ma zostać podwyższona o jeden poziom a drzewa...przerzedzone. Pożyjemy zobaczymy, tymczasem została szczęśliwie obejrzana i zaklepana. Palec do budki.
Z góry pięknie widoczne ruiny zamku Czirnów - zbójów jak się patrzy. Wiecie, że archeolodzy znaleźli tu fałszowane monety z Księstwa Polskiego?
Subskrybuj:
Posty (Atom)