biere nożyczki

I zaczynam wycinać tą kolorową wycinankę. Myśli, słów nigdy nie wypowiedzianych, obrazków, wiórków i skrawków. Zrobię z tego taki ładny ulepczyk, będe nim podrzucać jak Zośką, to tu to tam.

poniedziałek, 18 lipca 2011


Przesłano mię film, POZA PRAWEM, Jarmuscha. Dziecię wykolegowane, miska ryżu w dłoni, dwa piloty. Suka zagląda przez drzwi. Sączą się dźwięki, czarno-bały obraz mruga do mnie porozumiewawczo.
Doszliśmy z Tomem do sceny w więzieniu, gdy przemawiał głosem radiowego DJ'a i już było po wszystkim. Piękny, przerywany wrzaskami więźniów sen mnie zmorzył i trzymał w swych objęciach do wieczora.
A wieczór śliczny był bardzo. Rozkleiłam oczy w poszukiwaniu świetlików, ale w tym roku nie było mi dane ujrzeć choć jednego. Wpakowałam niewybiegane zwierzę do samochodu, uszczupliłam lodówkową bateryjkę z Czech i pojechałam do sąsiadów.
Sfora obszczekała auto, lecz Bojsa - jak to Bojsa, wcisnęła się najpierw w najdalszy kąt i udawała, że jej nie ma, potem powolutku, nieśmiało...została wyciągnięta "za wszarz".
No i spacer długaśny mieliśmy, z czwórką falujących ogonów, po łąkach skoszonych, a słońce zachodziło czerwono.
W kurzu polnej drogi, na zakręcie, zobaczyłam borsuka.

Czarownica kazała mi pić babkę lancetowatą.

piątek, 15 lipca 2011

Atak klonów 2


Pstryk, jestem. Pstryk - nie ma. W zalataniu optymalnym, zgodnym ze wzrostem lat w metryczce nagle, podstępnie mnie nie ma. Wyłączona z obiegu.
Obserwuję rano mokre palce wystające z klapków i zastanawiam się ile w nich życia.
Chłodna słuchawka w kościstej dłoni jeździ mi po plecach i nic nie słyszy.
Nie usłyszy, krętki siedzą cichuteńko w stawach.
I tak z zalatania mrówczego muszę się przełączyć na słuchanie własnego ciała, które nagle odmówiło posłuszeństwa.
Proszę Państwa. Strzeżcie się kleszcza.
Swoją drogą to niesamowite, że jedna mała tabletka stawia mnie znowu na linii startu, jakby nigdy nic.

środa, 6 lipca 2011

Pali się!




Wczorajszy dzień dość wariacko mnie zaatakował paniami z sanepidu. Czy państwo wią, że każdy obiekt publiczny musi posiadać tabliczkę z przekreślonym papieroskiem? Pewnie tak, ALE SKORO jest to powszechnie wiadome, to po cóż jeszcze zawieszać takowe? Ano po to, żeby nie dostać mandatu, w wysokości - bagatela - 2000 zł.

Obrażone, nadmuchane panie jadą na KONTROLĘ, by sprawdzić przystanki.
Stoi sobie jeden z drugim, trzydziesty w szczerym polu, wśród chabrów i maków, żywego ducha nie uświadczy, ale tabliczka musi być.
W ciągu jednej chwili wycięły się z blachy, nakleiły solwentowo i wio! Bus rozklekotany z prędkością światła od przystanku do przystanku zajechał, przebił się przez największe zadupia, niech tabliczka trafia pod strzechy!
Absurdalnie pijany pan podszedł do chłopaków mocujących śrubki, zatoczył się dwukrotnie z półobrotu, usiadł ciężko i - wydłubał z pomiętoszonej paczuszki papierosa, po czym głęboko się zaciągnął. Dał przykład, że wszelkie zakazy przynoszą skutek odwrotny. Swoją drogą ciekawe, czy gdybyśmy mieli prikaz LUDZIE, PALCIE! ile osób zarzuciłoby to kosztowne hobby, żeby IM POKAZAĆ. Bunt mamy narodowo wszczepiony pod skórę. Śmieję się w duchu, że się udało, od produkcji przez montaż do wieczornej herbaty, powala mnie natomiast bezmózgie podejście i odbiór prawa w sposób szczególny - jak to komu kłodę pod nogi rzucić.

Wieczorną herbatkę uczciliśmy uroczystym rozpoczęciem sezonu na osy i szerszenie. O stałej wieczornej porze zajechali znajomi strażacy, którzy sumiennie reagują na każde moje wezwanie, wiedzą gdzie co stoi, gdzie leży, moja rola polega jedynie na wskazaniu palcem GDZIE tym razem znajduje się gniazdo. Operacja się udała, piękna kula pełna szerszeni, złowrogo mrucząc pojechała do lasu na wycieczkę. Ekologia! Poza tym, zawsze mogą wrócić, by założyć nowe gniazdo i panowie strażacy mogli przyjechać. Perpetuum mobile.

Uprawy wolne od GMO






Siadła se babina na zudelku kolebotku i w przerwie wydłubanej z muru trochę czasu znalazła. A zobaczym, co tam panie w wielkim świecie dzieje sia.
Jak siadła, tak gazetkę na kolanach rozłożyła i bez okularów, bo dziarskie jeszcze oko miała, co na niejednym chopie się zawiesiło, poczytała.

Zaduma dryfująca ją potem dopadła. Teoria złośliwości ludzkiej, co po uprawach puszkowanej kukurudzy się pałęta, ze wzmożoną mocą żarówkę ostrzegawczą zapaliła.

Proszę państwa, pamiętajcie o ogrodach.

niedziela, 3 lipca 2011

Latamy po wschodzie



Najpierw Suwalszczyzna. Wycieczka płynie leniwie rozkojarzonym autobusem. Zza zaparowanej szyby widać jak szarość zalała niebo. Pracownicy jadą. Na wycieczkę.
Nie można powiedzieć żeby było źle, wszak nie wypada. Można sobie przecież wyobrazić jak jest po drugiej stronie, na rowerze, w lesie, na kajaku; na głazie siedzę rozparta, wydmuchując wszystkie żale świata tego i zostawiając obraz czysty jak łza.



Zakwaterowanie w wariatkowie, pani z łagodnym przebiegiem serwuje nam kawałki karaoke. Sala ryczy, ja ze starym akordeonistą bezczelnie wyciągamy wysokie tony dumki ukraińskiej. Akordeonista ma czerwone policzki, ja czerwone wino.

Wilno! Pokazane przez przewodniczkę jak kolorowe zdjęcia w albumie, jak ciuchy z zachodniego katalogu. Atmosfery nie dało się wyczuć; przeciskamy się z Gugu koło galerii i sklepów z lnianymi szytymi zabawkami, tęsknie wyczekując choć chwili na zwiedzanie samopas. Przewodniczka w czerwonych koralach wciąż ucieka. Tłum ją goni. A nasze oczy przelatują po klatkach miasta i zaułkach wystraszone, że stracą ją z oczu...
Chociaż na małą chwilę. Skręcamy tam, gdzie nikt nie patrzy. Ulica jest opuszczona, kaleka, brak w niej blichtru, który zamazuje obraz całości. Gdybyśmy poznały Wilno pokazane nam tylko podczas tego krótkiego przelotu, nigdy nie miałybyśmy tego doznania prawdy, które tak nas uderzyło.





Cmentarz na Rossie, podobnie jak Łyczakowski we Lwowie przygniata sztuką. Nie sposób go ogarnąć przez chwilę rozpędzonej opowieści. Za mało. Niedosyt wciska się pod powieki wraz ze słońcem, które niespodzianie się pokazało. Uczucia mieszają się jak w betoniarce, niechęć do Ruskich, którzy strzelali do nagrobków, zdziwienie nad chęcią wyjęcia sobie serca po śmierci i zachwyt nad pietyzmem, delikatnością i maestrią wykonanych dzieł.



Myślę, że starczy. Powiewa smutkiem, może z niewyspania, może z niespełnienia. Wniosków za to cała torba, a główny to taki, że tylko samopas, tylko pociągiem i tylko na dłużej. Jak się chce zjeść smaczne danie, to się na nie czeka.

Malwinki






Wreszcie są:) zaglądają przez okna i rozjaśniają mi dzień. Zbyt szybki na zrobienie czegokolwiek, w gonitwie, przelotem przesyłają życzenia długiego spokojnego życia.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Łestern o zbóju i gnoju



Było sobie małżeństwo i maleństwo. Pośród lasu, w głębokiej ciszy żyli, zajmowali się życiem. Zawodowo.
Mieli pięć psów i siedem kotów, w tym pięć koni.
Okolica była malownicza.
I żyliby sobie spokojnie nadal, gdyby nie fakt wyjścia do ogródka po rzodkiewkę.

Wieczór to był, ser już w misce rozrobiony śmietaną czekał.

Wraca Ci mąż do domu, rzodkiewkę wyrwaną, świeżą niesie, patrzy, a tu spod lasu rozjuszony jeep wyjeżdża! Masakruje taśmy ogrodzenia, popod stajnią bruździ!

Podchodzi więc do jeepa i grzecznie jeszcze pyta, czy w czymś aby nie pomóc. Czy to ładnie tak aby.

Na to fakofem po oczach dostaje i epitetem. Ale żeby na tym się skończyło! Figo fago wyskakuje w spodniach moro i myśliwską strzelbą grozi! I w pierś wypiętą mierzy...

Oooo, toś przegiął bratku z tą butą.

Uruchomiwszy macki kontaktów już rano pan morowy miał odwiedziny prężnie działających służb. Płakał morowy pan i w pierś się bił sobaczą. Że on wszystko. Że on nigdy. Że on...bardzo tego żałuje, gdyż to potworne było, a nie wie, co za bies go w mocy miał. I takie tam.

Poszkodowany po głowie się podrapał. Fajeczkę zapalił i na pomysł pewien wpadł.
Zaprosi on morowego chłopca, co go czart wieczorem w posiadanie wziął z butelki i rozprawi się z nim należycie.

- Widzisz za stodołą tą wielką gnoju kupę? Weźmiesz taczkę i tą taczką tą kupę przewieziesz TAM. Oprócz tego dasz na dom dziecka darowiznę niemałą, a jak już to wszystko zrobisz, aby dopełnić przeprosiny z panem redaktorem sobie o zajściu porozmawiasz.

A teraz - do dzieła.

I tak zbój do gnoju trafił, aby resocjalizację pełną odbyć.

Tako rzecze mądrość ludu, że bez kary ni mo cudu.