wtorek, 15 marca 2011
Obalili halba, czyli wypili połówkę
Dawno dawno temu, kiedy jeszcze wszystko było białe, słuchalim sobie tej uroczej piosenki, a tłumaczenie - na bieżąco - uświadamiało, że to co leci z czarnego głośnika, to nie plemię afrykańskie, a nasi zdolni śląscy chłopcy, którzy w pięknej gwarze nacierają o bólach i troskach dnia powszedniego.
Oto kilka zwrotów:)
boloki obili oba okuleli - czyli potłukli się i narobili siniaków, obaj okuleli,
ref. o kuleee kuleeee, na molee kuleee - zaśpiew o kulkach na mole wkładanych do szafy.
Żeby było jeszcze śmieszniej, z wokalistą na planie pierwszym spotkalim się przy jednym stole, dopiero później się okazało, że to mój kuzyn. I oto mam okazję go Wam pokazać w bardzo pięknej odsłonie:)
a dla mniej cierpliwych link z tłumaczeniem tekstu:
http://teksty.net/Koala-Band-Obalili-Halba
poniedziałek, 14 marca 2011
Nie za bardzo
...obnażać mi się chce, przycupnęłam sobie w kącie i gryzę pazury. Zimne nóżki w galarecie podrygują różowiutko, pies tylko nosem trąca i bezlitośnie pociesza.
Drętwota ze strachu i woda tuż tuż pod powiekami.
Ale nie, nie nie, skórę trzeba mieć z tektury, najlepiej z kolorowym nadrukiem, by obwieszczała całemu światu i mnie samej, że wcale nie jest źle.
Pamiętam, jak siedząc w aucie gapiłam się przez okno na plakat z mięsem, na nogę świni bez skóry; za tą nogą uśmiechnięta pani mówiła do mnie: Zawsze pewna jakość. No i siedziałam i śmiałam do siebie, aż facet z auta obok zsunął okulary, myśląc zapewne, czy potrzebna mi może jakaś pomoc. Zawsze pewna jakość. Jakaś. Pewna pani. Pewien pan. Pewna jakość.
Moja tekturowa skóra też jest pewnej jakości. Póki co, byle jak, jakoś trzyma mnie w ryzach.Jakoś.
Ani słowa
Marianna Orańska zanim wybudowała zamek w Kamieńcu Ząbkowickim wyszła nieszczęśliwie za maż. Nie znaczy to, że wcześniej nie kochała - zakochała się swego czasu, ale nikt jej na ten ślub nie pozwolił.
Swojemu mężowi powiła czworo dzieci po czym go zostawiła bo ją zdradzał i związała się ze swym masztalerzem van Rossumem.
W mojej okolicy działała z rozmachem i mądrze, wybudowała sieć górskich dróg, zakładała hodowle pstrąga, wybudowała mi schronisko pod Śnieżnikiem, gdzie Tomek świetną prezentację zdjęć z Mongolii zrobił, założyła hutę szkła i otworzyła kilka kamieniołomów, nie wspominając o założeniu Międzygórza od zera. Była spod znaku byka.
wtorek, 8 marca 2011
Dzień świra
Wesoło biegam i podryguję cały dzień. Przed kwiatkiem w pracy uciekam, bo mam dobrą wymówkę. Na drodze kurz oblepia mi auto jak miękki filc i nareszcie mrużę oczy w słońcu. Z lusterka spozierają na mnie wesołe oczyska i prujemy, ja, radio i przydrożne drzewa.
W mieście zajeżdżam do strefy płatnego parkowania - o czym nie wiem, bo kto by na znaki patrzył - i ostentacyjnie parkuję. Rozglądam się podejrzliwie za białą literą PE, ale nie ma, więc luzik. Kołyszącym krokiem, z połami płaszcza - stop! Nie będzie żadnych powiewających pół! Wskutek poprzerywania kieszeni w połach płaszcza mam bilon, papierki, starą spinkę i nie wiem, co jeszcze. Poła jest na tyle wypchana, że dostojnie zwisa i nie powiewa, o nie. Więc (nie zaczynaj zdania od więc) poły moje dostojnie wiszą, niczym kurtyna w teatrze, a ja rozkołysanym, podkasanym, wiosennym i skaczącym krokiem maszeruję na podbój sklepów, dotykam, wącham, pryskam, międlę i przymierzam. W końcu zaspokojona wracam do samochodu i widzę, jak przy sąsiednim aucie stoi pan i coś skwapliwie notuje.
No nie.
Ależ tak. U mnie już bieli się za wycieraczką znienawidzony świstek.
Na facetów idealnie działa szczebiot idiotki, otwiera niejedno zasklepione żoniną pomidorową serce. W dzień kobieeet? Parę razy przecieram oczy powiekami, dość szybko, lecz pan jest niewzruszony. Typ służbola, wyćwiczony po wielu bojach, odporny na obelgi, łzy, pogróżki i oferowany szybki sex.
Konsternacja.
- Może się pani odwoływać na ul. Niesmacznej 2. Za bankiem w dół.
Oczywiście, że tam pojadę, nie mam najmniejszych wątpliwości, że byłam tylko w aptece, doskonale się orientuję, gdzie stanęłam i na ile! A niczym nieuzasadniona złośliwość pana w pełni zasługuje na u-ka-ra-nie.
Jadę, szukam, znajduję, wchodzę...oooooo, dzień dooobry!!! Witam? Co słychać?:))) Znajoma. Lubiana z widzenia, teraz ją prawie kocham.
Nawijam jej watę na uszy o aptece, o pechu o dniu świra...patrzy na mnie, uśmiecha się i ROZUMIE. Po czym bierze słuchawkę, wykręca numer i mówi: - Wiesiek? O której ty te zdjęcia robiłeś?
Osz cholera, syczę przez zęby, sprawa przybiera zły obrót, bo teraz naprawdę na idiotkę wychodzę - zgodnie z życzeniem. Ale nie poddaję się, mimo krwi odpłyniętej, mimo całej durnowatej sytuacji.
Słucham, że jednak nie jest tak źle, no jest co prawda więcej niż 5 minut, kilkakrotnie, ale przecież kolejka była, nie?
No bardzo mi przykro...No sama pani widzi... No chyba... że pani... znajdzie bilet sprzed 15.16!
Poły płaszcza powiewają naprawdę. Wiosennie i lekko. Kurz wiruje w słońcu gdy biegam od auta do auta i sprawdzam bilety z większą wprawą niż pan parkingowy.
Jest. Idealny.
Na na na na, chodzę sobie wzdłuż rzędu samochodów, oglądam wystawę, kręcę się...Ciekawe o której właściciel MOJEGO biletu zechce do domu pojechać? Ależ jest! Czarna niunia wsiada do swojej beemy, za nią, w podskokach mały śliczny chłopczyk. Lubię ich od pierwszego wejrzenia, są moją nadzieją, moim wybawieniem. Pani się śmieje ratując mi tyłek z niemałym wdziękiem: - sama miałam ostatnio podobną sytuację;)
Teraz to już lecę. Teraz już mam skrzydła, teraz to już mogę pomachać panu parkingowemu jak małym dzieciom z pociągu.
Pani znajoma prosi mnie cichym szeptem: - Tylko niech nikomu pani o tym nie mówi.
- Jasssne.
Wracam do domu, słońce śpiewa przeciągle, rozświetla pustą kaplicę, w której cystersi mieli postój, pomiędzy Henrykowem a Starym Henrykowem. Jest pusta, w środku śladu krzyża, śladu fresku, nic. Masa butelek, śmieci, starych opakowań po czymkolwiek. Pustka. Ale w końcu wiem, co jem, bo dotąd ją mijałam i nigdy nie było czasu zajrzeć.
Nie mogło być inaczej, bo limit wyczerpany przecież.
W mieście zajeżdżam do strefy płatnego parkowania - o czym nie wiem, bo kto by na znaki patrzył - i ostentacyjnie parkuję. Rozglądam się podejrzliwie za białą literą PE, ale nie ma, więc luzik. Kołyszącym krokiem, z połami płaszcza - stop! Nie będzie żadnych powiewających pół! Wskutek poprzerywania kieszeni w połach płaszcza mam bilon, papierki, starą spinkę i nie wiem, co jeszcze. Poła jest na tyle wypchana, że dostojnie zwisa i nie powiewa, o nie. Więc (nie zaczynaj zdania od więc) poły moje dostojnie wiszą, niczym kurtyna w teatrze, a ja rozkołysanym, podkasanym, wiosennym i skaczącym krokiem maszeruję na podbój sklepów, dotykam, wącham, pryskam, międlę i przymierzam. W końcu zaspokojona wracam do samochodu i widzę, jak przy sąsiednim aucie stoi pan i coś skwapliwie notuje.
No nie.
Ależ tak. U mnie już bieli się za wycieraczką znienawidzony świstek.
Na facetów idealnie działa szczebiot idiotki, otwiera niejedno zasklepione żoniną pomidorową serce. W dzień kobieeet? Parę razy przecieram oczy powiekami, dość szybko, lecz pan jest niewzruszony. Typ służbola, wyćwiczony po wielu bojach, odporny na obelgi, łzy, pogróżki i oferowany szybki sex.
Konsternacja.
- Może się pani odwoływać na ul. Niesmacznej 2. Za bankiem w dół.
Oczywiście, że tam pojadę, nie mam najmniejszych wątpliwości, że byłam tylko w aptece, doskonale się orientuję, gdzie stanęłam i na ile! A niczym nieuzasadniona złośliwość pana w pełni zasługuje na u-ka-ra-nie.
Jadę, szukam, znajduję, wchodzę...oooooo, dzień dooobry!!! Witam? Co słychać?:))) Znajoma. Lubiana z widzenia, teraz ją prawie kocham.
Nawijam jej watę na uszy o aptece, o pechu o dniu świra...patrzy na mnie, uśmiecha się i ROZUMIE. Po czym bierze słuchawkę, wykręca numer i mówi: - Wiesiek? O której ty te zdjęcia robiłeś?
Osz cholera, syczę przez zęby, sprawa przybiera zły obrót, bo teraz naprawdę na idiotkę wychodzę - zgodnie z życzeniem. Ale nie poddaję się, mimo krwi odpłyniętej, mimo całej durnowatej sytuacji.
Słucham, że jednak nie jest tak źle, no jest co prawda więcej niż 5 minut, kilkakrotnie, ale przecież kolejka była, nie?
No bardzo mi przykro...No sama pani widzi... No chyba... że pani... znajdzie bilet sprzed 15.16!
Poły płaszcza powiewają naprawdę. Wiosennie i lekko. Kurz wiruje w słońcu gdy biegam od auta do auta i sprawdzam bilety z większą wprawą niż pan parkingowy.
Jest. Idealny.
Na na na na, chodzę sobie wzdłuż rzędu samochodów, oglądam wystawę, kręcę się...Ciekawe o której właściciel MOJEGO biletu zechce do domu pojechać? Ależ jest! Czarna niunia wsiada do swojej beemy, za nią, w podskokach mały śliczny chłopczyk. Lubię ich od pierwszego wejrzenia, są moją nadzieją, moim wybawieniem. Pani się śmieje ratując mi tyłek z niemałym wdziękiem: - sama miałam ostatnio podobną sytuację;)
Teraz to już lecę. Teraz już mam skrzydła, teraz to już mogę pomachać panu parkingowemu jak małym dzieciom z pociągu.
Pani znajoma prosi mnie cichym szeptem: - Tylko niech nikomu pani o tym nie mówi.
- Jasssne.
Wracam do domu, słońce śpiewa przeciągle, rozświetla pustą kaplicę, w której cystersi mieli postój, pomiędzy Henrykowem a Starym Henrykowem. Jest pusta, w środku śladu krzyża, śladu fresku, nic. Masa butelek, śmieci, starych opakowań po czymkolwiek. Pustka. Ale w końcu wiem, co jem, bo dotąd ją mijałam i nigdy nie było czasu zajrzeć.
Nie mogło być inaczej, bo limit wyczerpany przecież.
niedziela, 6 marca 2011
Wycieczka
Mamo, mamo, pojedźmy do Złotego Stoku do kopalni! Niedziela, piękne słońce za oknem, myślę sobie, czemu nie. Może w ciągu dnia złapiemy z Michałem to coś, czego dawno nie było. Sznurek od latawca.
Szybka zbiórka by zdążyć przed gawiedzią, która w wiejski sposób zawala przejazd-wyjazd-dojazd. Modlimy się ostentacyjnie, w karakułowym płaszczu i brokatem na nosie.
Herbata i herbatniki, jedno jabłko, które i tak wróci cało z wycieczki (mam je w torebce - tzw. druga szansa).
Słońce zniewalające, ale wietrzycho arktyczne.
Przystanek Ostrężna. Gdy któregoś dnia przybiegł do mnie rolnik z nowiną - śmiać mi się chciało. Pani! Drogi ni mo! Zawalona! Po czym rzeczywiście okazało się, że ni mo, bo głęboki poniekąd jar, których u nas nie brakuje, postanowił schrupać kawałek góry i bez ceregieli to zrobił. Drogi rzeczywiście ni mo.

Śmigamy dalej. Nagrana przez Z. płyta kręci się w kółko bo nie wzięliśmy innych i "Proud Mary" zostaje na trwałe wryta w nasze zwoje, by pojawiać się później w najmniej spodziewanych momentach. W ustach M. brzmi jak pieśń zwycięstwa nad hip - hopem więc uśmiecham się pod wąsem:)
Proszę państwa. Kamieniec Ząbkowicki ze swoim okazałym zamkiem to lipa. A drzewa, które wyskoczyły na naszej drodze, to fantastyczne, przezielone cuda natury. Oto w roli głównej choina kanadyjska oraz sosna wejmutka.


No ja wiedziałem, ze ta wycieczka nie będzie fajna.
No tak, bawię się tylko ja. Wrócę tu z rowerem i zbadam te wszystkie parkowe niespodzianki. Kolumnady rozebrane, wzgórza kolistym murem obwiedzione...To już będzie wycieczka dla dorosłych, co szumieć lubią na zielono. Tymczasem czeka nas kopalnia, w której arsen uśmiercał żonom mężów a tak przy okazji złocił kieszenie właścicieli. Ogrom pracy ludzkich rąk, niewyobrażalna siatka podziemnych tuneli robi wrażenie. Przewodnik - przeciwnie. Koleś ze strachem w kroku, z trzema kolczykami w brwi i nosem rodem z "przyjaciela wesołego diabła" podszedł do grupy nie wyjmując rąk z kieszeni. U-A, jakie fo-pa! Nienaganne wychowanie które otrzymałam w domu rodzinnym (sic!)przeszkadza w życiu jak cholera.
Dziesięć plasterków "Zajebistej" poproszę;)
Nie potrafię go słuchać, zresztą nie ma za bardzo nic ciekawego do powiedzenia a nawet gdyby miał...to i tak by nie miał. Pierwsze wrażenie robi się tylko raz. M. niezrażony biega po korytarzach, depcze lodowe stalagmity i jest zadowolony. Dopiero matka warzy mu obraz żeby chłopak też był tak wykrzywiony kulturalnie jak ja. O!

Po kopalni idziemy na obiadek i knujemy wyprawę w góry. Trochę późno... Z mapy wynika, że do przejścia mamy 5 km i będziemy za dwie godzinki na dole, tymczasem po półtorej jesteśmy na górze, zielonego szlaku niema - jest żółty i wskazuje, że przed nami 7,5 km. Na szczęście wszystko kończy się dobrze, biegniemy sobie szlakiem rowerowym, którego najpierw nie ma, potem jest, przy okazji kółeczkiem zahaczamy o te wszystkie sztolnie, których nie mieliśmy w planie. Do samochodu docieramy o siódmej...
Dobry czas. Przez to poranne przeobrażenie z bezwładnego worka w myślącą istotę następuje jakoś spokojniej i mimo zaspania jestem na miejscu o czasie z siłą na całe pięć dni. A na następny weekend, kując żelazo póki gorące, wymieniam przerzutkę poległą zeszłego roku w krzakach....
Szybka zbiórka by zdążyć przed gawiedzią, która w wiejski sposób zawala przejazd-wyjazd-dojazd. Modlimy się ostentacyjnie, w karakułowym płaszczu i brokatem na nosie.
Herbata i herbatniki, jedno jabłko, które i tak wróci cało z wycieczki (mam je w torebce - tzw. druga szansa).
Słońce zniewalające, ale wietrzycho arktyczne.
Przystanek Ostrężna. Gdy któregoś dnia przybiegł do mnie rolnik z nowiną - śmiać mi się chciało. Pani! Drogi ni mo! Zawalona! Po czym rzeczywiście okazało się, że ni mo, bo głęboki poniekąd jar, których u nas nie brakuje, postanowił schrupać kawałek góry i bez ceregieli to zrobił. Drogi rzeczywiście ni mo.
Śmigamy dalej. Nagrana przez Z. płyta kręci się w kółko bo nie wzięliśmy innych i "Proud Mary" zostaje na trwałe wryta w nasze zwoje, by pojawiać się później w najmniej spodziewanych momentach. W ustach M. brzmi jak pieśń zwycięstwa nad hip - hopem więc uśmiecham się pod wąsem:)
Proszę państwa. Kamieniec Ząbkowicki ze swoim okazałym zamkiem to lipa. A drzewa, które wyskoczyły na naszej drodze, to fantastyczne, przezielone cuda natury. Oto w roli głównej choina kanadyjska oraz sosna wejmutka.
No ja wiedziałem, ze ta wycieczka nie będzie fajna.
No tak, bawię się tylko ja. Wrócę tu z rowerem i zbadam te wszystkie parkowe niespodzianki. Kolumnady rozebrane, wzgórza kolistym murem obwiedzione...To już będzie wycieczka dla dorosłych, co szumieć lubią na zielono. Tymczasem czeka nas kopalnia, w której arsen uśmiercał żonom mężów a tak przy okazji złocił kieszenie właścicieli. Ogrom pracy ludzkich rąk, niewyobrażalna siatka podziemnych tuneli robi wrażenie. Przewodnik - przeciwnie. Koleś ze strachem w kroku, z trzema kolczykami w brwi i nosem rodem z "przyjaciela wesołego diabła" podszedł do grupy nie wyjmując rąk z kieszeni. U-A, jakie fo-pa! Nienaganne wychowanie które otrzymałam w domu rodzinnym (sic!)przeszkadza w życiu jak cholera.
Dziesięć plasterków "Zajebistej" poproszę;)
Nie potrafię go słuchać, zresztą nie ma za bardzo nic ciekawego do powiedzenia a nawet gdyby miał...to i tak by nie miał. Pierwsze wrażenie robi się tylko raz. M. niezrażony biega po korytarzach, depcze lodowe stalagmity i jest zadowolony. Dopiero matka warzy mu obraz żeby chłopak też był tak wykrzywiony kulturalnie jak ja. O!
Po kopalni idziemy na obiadek i knujemy wyprawę w góry. Trochę późno... Z mapy wynika, że do przejścia mamy 5 km i będziemy za dwie godzinki na dole, tymczasem po półtorej jesteśmy na górze, zielonego szlaku niema - jest żółty i wskazuje, że przed nami 7,5 km. Na szczęście wszystko kończy się dobrze, biegniemy sobie szlakiem rowerowym, którego najpierw nie ma, potem jest, przy okazji kółeczkiem zahaczamy o te wszystkie sztolnie, których nie mieliśmy w planie. Do samochodu docieramy o siódmej...
Dobry czas. Przez to poranne przeobrażenie z bezwładnego worka w myślącą istotę następuje jakoś spokojniej i mimo zaspania jestem na miejscu o czasie z siłą na całe pięć dni. A na następny weekend, kując żelazo póki gorące, wymieniam przerzutkę poległą zeszłego roku w krzakach....
Ucieczka
środa, 2 marca 2011
Lokomotywka
Coraz prędzej i prędzej. Rano - szkoda słów, w pracy - dobrze, że jest, a po powrocie...Dalij jazda. Nie mogę się przyzwyczaić do dziecka w domu. Dwa tygodnie ferii zleciały migiem, teraz szkoła niewesoła i męczarnia dla nas dwojga. Bo do szko-ły trze-ba dwooojga...Nie ma co. Toczy się walka.
Walka jest wielopoziomowa. Duże JA walczy z Przyzwoleniem równocześnie sprzedając kuksańce młodzieży (pamiętam, jak wkroczyłam w magiczny próg "naście" uważając że już jestem młodzieżą). Duże JA to uzurpatorro, Pani wszechrzeczy, ma być tak, albo siak! I nie inaczej! Pionowa zmarcha między brwiami jak wykrzyknik - nie myśl, że ci się uda, cwaniaczku. Esesman domowy - o dziewiątej masz być w łóżku.
Przyzwolenie, jakże rzadko dopuszczane do głosu, mówi: daj na luuuz, matka, przecież i tak sobie jakoś poradzi, kiedyś dziecki na wsi krowy pasali i też było dobrze. Że brudną kurtkę z uporem maniaka chce wkładać? Mimo trzech czystych? A niech wkłada!
Przyzwolenie jest słodkie jak lukrowany pączek, niestety codziennie wpycha go w usta nienażarte JA.
A M. w tym wszystkim gra w teledysku, który rozgrywa się w jego głowie i tylko od czasu do czasu ktoś mu złośliwie prąd wyłącza.
Subskrybuj:
Posty (Atom)