I zaczynam wycinać tą kolorową wycinankę. Myśli, słów nigdy nie wypowiedzianych, obrazków, wiórków i skrawków. Zrobię z tego taki ładny ulepczyk, będe nim podrzucać jak Zośką, to tu to tam.
Suka szczęśliwie podgryza mi rękawiczki, mocuję się z archaicznym zapięciem przy nartach, pomagam sobie kijem i rzuconą obelgą. Śnieg jest mokry, ale jakoś się posuwam do przodu. Bezkresne białe brzuszysko ziemi śpi spokojnie stykając się z szarością chmur. Kraina lodu i futra. W lesie na dole śniegu jest coraz mniej, ale niezrażona sunę po wystających patykach, marząc o zachowaniu zębów. Zaczyna się błoto. Pokonuję strumyk i wychodzę w ogromną polną przestrzeń na której stoi dom K. Jest to samotne, ogromne XIX - wieczne gospodarstwo, otoczone powykręcanymi artretyzmem drzewami owocowymi. Przy rozhuśtanym płotku stoi pan K. i rękę przyłożoną do czoła trzyma sobie... patrzy na pannę, co spomiędzy polnych kolein wybiera resztki śniegu, by przeczłapać niezdarnie na biegowych nartach. Rzucam mu donośne dzień dobry. A potem z furią uparcie przedzieram się przez błoto naprzód, by dotrzeć pod krawędź lasu na horyzoncie, skąd mogę zjechać do znajomych na kawę. Wzrok pana K. - bezcenny, jeszcze teraz się uśmiecham pod wąsem i kolejne zdjęcie pamięciowe do albumu wspomnień wyraźnych doklejam.
Oprócz zwariowanych pomysłów znowu nawiedziłyśmy Nysę, kolejna zenitowa sprężynka zamontowana została gdzie potrzeba. Dziękuję za kciuki:)
Zgilszcza dymią:) Na zgliszczach siedzi wrona i żuje otępiała skórkę od pizzy. Ostatnie odchodzące buty jeszcze jej chrupią w uszach, a w oczach lekko wiruje świat.
Bardzo długi weekend to był i w sumie można powiedzieć, że zaczął się od czwartku, gdy niewinnie ugnieciony włoski placek na drożdżach zgromadził przyjaciół przy wspólnym stole w Manowcach. Przy placku nie sposób czegoś nie wypić.
Piątek. Piątek też nie był gorszy. Kamyczkowe siostry zasiadły do wozu i pojechały wyginać zastałe kręgosłupy. I zgubny czar kamieni znowu je zgromadził w kuchni, a stamtąd się prosto nie wychodzi.
Sobota dała się we znaki po trzykroć. Nawałnica nabrała mocy i przywiała Matkę Ksesną. Zupa, spracowanymi rękami mojej Matki wykonana, zatarła łapki z zadowolenia - będą goście. I tako się stało. W sumie przewinęło się przez dom 17 osób, z czego wszyscy mieli zamiary przyjazne. Oprócz burbona.
Burbon pity o 4 nad ranem nie jest dobrym pomysłem na niedzielę. Zwłaszcza kiedy trzeba odwieźć dziecko, przywiane do tego domu rozpusty przez ojca swego. Zamiast ukoić skołatane nerwy i wypocząć, zostało zassane przez czarną dziurę, która wypluła je w niedzielny poranek prosto na zimowisko.
Był też spacer, jako zwieńczenie tego miłego spotkania; góry przez noc urosły i tylko siłą woli dotarliśmy na szczyt. Ziemniak miał dosyć. A przecież w niedzielę miałam wystartować w zawodach narciarstwa biegowego. Organizator mi wybaczył bez problemu - zasnął.
Z głębi oczadziałego wypoczynku wyrwał mnie telefon jednej z sióstr kamyczkowych, z zaproszeniem na koncert "jakiejś bałkańskiej grupy". Zagwizdałam na palcach i zjechaliśmy na koncert szumnie w składzie zacnym. W holu restauracji Dolnośląskiej przywitał mnie z kartką w ręce człowiek, który orzekł jednogłośnie, że nie mam rezerwacji. Poczułam się zagubiona, opuszczona przez świat i kopnięta w tyli niesprawiedliwością. Za szybką obrusy, przy obrusach stare chrupki. Oczom nie wierzę. Zjawili się w końcu, potwierdzili zgodność czasu i miejsca, mała dostawka i już siedzimy, otoczeni kwadratowymi talerzami z szarlotą, zrolowanym przez push up biustem pewnej pani i jej partnerem, który usnął, a ze snu wyrywały go jedynie wyższe partie wokalne. Nieśmiało pobrzękują kieliszki z czerwonym trunkiem, cichy szmer rozmów, wszyscy wypolerowani i w pomadzie. Obyczajowy drut w plecach nie pozwala na szczery rechot. Są! Caci Vorba w składzie ich czterech i Ona.Ja tu się nie będę rozpisywać, jak mają na nazwiska i kto na czym gra, bo to przecież możecie sobie sami zobaczyć, o ile nie chcecie tych informacji pozyskiwać ze stron rządowych:) Niesamowite. Głos rozedrgany tysiącem wibracji z tak miękkim, cudnym nastrojem, rozświetlony uśmiechem i zadymiony zadumą. Niezwykły prezent i najpiękniejsze zwieńczenie tego czasu, przepełnionego ludzkim gwarem, ba, nawet tańcem grupowym:)
Kapie sobie za szybką. Jestem już myślami w Manowcach, czuję dotyk mokrej klamki w drzwiach. Myślę nieskładnie. Czuję się jak jaszczurka włożona do słoika. Z góry patrzą na mnie czarne, błyszczące oczy chłopca. Albo nie. Pasę się w burym polu otoczona pozornym bezpieczeństwem szarej niskopiennej chmury. W rzeczywistości trzeba mi się obudzić i sprawdzić, jak to jest być.
No proszę państwa, tak źle to nie jest, dziękuję wszystkim oburzonym, że jak to, że czemu - piszę przecież! Pomału czuję się jak wysunięty na placówkę korespondent wojenny, co to gdy się nie odzywa, to od razu, że nie żyje. Żyję! Z wszystkimi swojemi idiotycznymi pomysłami, brakiem czasu na pracę i innymi narowami. Spadło całe mnóstwo śniegu. Zamiast iść póki jasno, wyczekałam na moment, kiedy światło zgaśnie, żeby nie było za łatwo. Potem na strych, by grzebać w szafie. I co, co? Głupio Ci? Znalazłam od razu! Kupione latem buty do nart biegowych. Za całe 10 zł na targu. Przymocowałam toto do długaśnych nart, na których ostatnio biegał Fridtjof Nansen i siup! Byłoby beztrosko, gdybym miała kijki odpowiedniej długości - niestety, tegoż sprzętu mi brakuje i dzięki temu, że dziecka nadal nie ma, pożyczyłam jego kije do zjazdówek. Trochę krótko. Ale nikt nie powiedział, że muszę od razu przegonić Justynę. I było całkiem nieźle; chwaliłam starostwo nieprzejednane, że dróg nie odśnieżyli, bo to jest atrakcja móc tak sobie latać po asfalcie. Potem jeszcze mi było mało, a w sumie to wściek mnie dopadł jakiś, bo cały mój dom został obwieszony tzw. szpejami (czyt. liny, karabinki alpinistyczne), na których huśtać się zaczęły koty i podzwaniała suka. Moja przestrzeń, dotychczas okiełznana i zazdrośnie strzeżona przed płcią odmienną, zaczyna się bowiem kurczyć. Obiecałam sobie, że już nigdy, że nawet szafy na skarpetki nie dam, ani jej kawałka. Że suszarka powiewać będzie jedynie cieńkimi gatkami o skąpym kroju, a tu masz. Na razie patrzę na to z szeroko otwartymi oczami, balansujemy na krawędzi akceptacji tego stanu i nie wiadomo co dalej. Oddycham spokojnie. Potem nie wytrzymuję i muszę iść pobiegać, mokry śnieg oblepia mi policzki, sucz wariuje w zaspach i ściga nieistniejące fobie, ona swoje, ja swoje. Biegnę i moje myśli też, do źródełka żywej wody, co ma moc uzdrawiania, źródełka spokoju. Niech obmywa lęki, sprawia cuda. Niech się stanie.
Nowo powstała wieża na Gromniku jest za niska, żeby coś z niej zobaczyć, ale i tak miejsce jest na tyle magiczne, że będę je odwiedzać. Ma zostać podwyższona o jeden poziom a drzewa...przerzedzone. Pożyjemy zobaczymy, tymczasem została szczęśliwie obejrzana i zaklepana. Palec do budki. Z góry pięknie widoczne ruiny zamku Czirnów - zbójów jak się patrzy. Wiecie, że archeolodzy znaleźli tu fałszowane monety z Księstwa Polskiego?
Zostałam hojnie obdarowana meblem. Z uwagi na to, że cięły w drewnie te a nie inne ręce, ze smakiem i chyba leciutką przekorą, uradowana jestem bardzo. Do tego nocny sms, który mnie rano przywitał: Dusza rozkielznieta sie mowi! Nieoku ty! i już można uznać dzień za piękny. Do tego....powiem Wam cichutko, mam randkę z budowniczym wieży...hmmmm, no co, popatrzeć nie można?! Pomacham sobie chusteczką przez okno.
W związku z wyjazdem pacholęcia starość siadła na gałęzi, popatrzyła na krucze skrzydła, wrzasknęła przeciągle i dalejże w świat. Zakręciła się tu i ówdzie, wrzaskiem doniosłym zwołała siostry. Przybywajcie, wietrzyce, pohulamy na pohybel zimie, co szklistymi oczami wpatruje się w dal, potańczymy w blasku słonecznie kolorowych fotografii prosto z Ouagadougu. Dogadywaliśmy troszkę, ojjj cieńką strużką wraz z dymem, wyskakiwały mimochodem komentarze, wzbudzając fale radości, ooooj, pani, lubię tak, ironicznie, ale bez zacięcia na to, by kogoś zdzielić obuchem. Zmiksowało się towarzystwo, pewnie, że braki były, bo gdyby jeszcze oni, albo ta co pojechała turbo produkować....oj, byłoby pewnie przepięknie, możnaby pomyśleć, że się...nie żyje? A tak żyje się radośnie, troski się mieli w pył.
W tym radosnym tyglu szalonego weekendu był spacer urokliwy z Mamą i kulkami jałowca
Pełna jabłek jabłonka Śnieg i łzy wyciśnięte wiatrem oraz wyglądem niektórych elegantów Praca ze znalezioną na strychu poniemiecką półeczką hi-tech, czyli opalanie farby i paluchów Oraz wieczorne ekscessssssy - jak widać jakość zdjęć spada z ilością światła wprost proporcjonalnie do ilości spożytych trunków. Bu e! odbija mi się nieciekawie - po informacji, że do przeciętnych cenowo piw zamiast chmielu dodawana jest żółć zwierzęca. Smacznego, mili Państwo, czeka nas rok pod znakiem wytrawnego wina. Teraz z lekkim drżeniem umysłu przerabiam w sobie zasłyszane wieści, przelatują obrazki, przesącza się muzyka i w sumie mało oryginalnie, banalnie nawet rzeknę - oby do piątku. Te chwile radości wymazują doszczętnie fakt bycia niewolnikiem na tej galerze, gdzie muszę wiosłować bez kompasu, w rytmie discopolowych przyśpiewek codzienności.