Bujam się wieczorem w niebujanym fotelu, czeski film oglądam w zielonkawym telewizorze. Poczucie winy, że jesteśmy pierwsi w Europie jakoś mnie nie przygniata. Świetny ten film. Czas sobie pędzi, zegar się za to zawiesił. I niby normalnie.
A sąsiady planują wycieczkę na Teneryfę. Spać na plaży zamierzają. Na piecu suszą chleb, który został po jarmarku - suszą już miesiąc, a on ciągle smaczny. Aż szkoda koniom dać.
Zimy nadal nie ma, dzisiaj przypomniała o sobie lekuchną warstewką śniegu na szybie hiszpańskiej precyzji - niemieckiej fantazji - czyli nowego samochodu z budą dla psa. Pies siedzi w nim za kratą, z tyłu, i nie zagraża opętańczym skokiem pod kierownicę na światłach - tak jak to miało miejsce w Świdnicy. Powoli się przyzwyczajam do nowej przestrzeni; moja stopa życiowa ciśnie na pedał gazu z satysfakcją.
Ale prawdziwa konsumpcja jeszcze przede mną. Dmuchany materacyk ciągle widnieje na miniaturce alledrogo, śpiworki przytulone ciasno śpią na dnie wiklinowego kosza.
Niebezpieczne myśli ciągle się srożą na niby, siedzą w drewnianej szkatułce z Jaremczy. Póki co, zwyczajnie.
Trzymam się na wodzy, chociaż wędzidło niewygodne, lekki podmuch z południowego zachodu i będzie po mnie. Na razie jeszcze jestem.
Ostatni dzień szkoły przed feriami w dolnośląskiem. Michał pomaszerował do szkoły jakiś lekki - cieszy się na jutrzejszy wyjazd do oćca. Ja za to ... siedzę póki co spokojnie, bujam się w niebujanym fotelu.
A co do palenia, mogę je rzucać nawet codziennie. Łatwizna.







