biere nożyczki

I zaczynam wycinać tą kolorową wycinankę. Myśli, słów nigdy nie wypowiedzianych, obrazków, wiórków i skrawków. Zrobię z tego taki ładny ulepczyk, będe nim podrzucać jak Zośką, to tu to tam.

niedziela, 8 stycznia 2012

Podskórnie



Dużo by mówić. Dziękuję Ci, Mamo, że chodzisz do biblioteki i takie książki dla mnie umiesz wymacać.
"Miedzianka. Historia znikania." Najlepszy reportaż, jaki dotąd przeczytałam.
Rzecz o małym miasteczku niedaleko Jeleniej Góry. Miasteczku, którego już nie ma. Filip Springer zaczyna od lat najwcześniejszych, skupiając się w kulminacyjnym punkcie na rozkwicie miasta w czasach przedwojennych. Później następuje powolny rozkład, palec totalitaryzmu w wersji radzieckiej, wymazuje miasto z mapy.
Czytam książkę nocami, myślę o tych wszystkich miejscach, które udało mi się złazić. O tej bezlitośnie rzeczywistej stercie kamieni, chowającej pod sobą historię tych ziem, które są teraz moim domem.
Świeżo po lekturze wskakuję na blog Mateusa - a tam ramka z ... Miedzianki właśnie.
No i cóż, będę musiała tam pojechać.

wtorek, 3 stycznia 2012

Radocha


Grzeje mi słoneczko. A ostatnio Teo puścił ten kawałek i powiem Wam, na pohybel chandrze, szczerzyć się będę w życia meandrze.
Można spokojnie puścić po pierwszej minucie:)

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Do widzenia Czwarty


Czwarty został oddelegowany na placówkę pod Lądek Zdrój. Jeździł w aucie, jakby całe życie za kierownicą spędził, pełna kultura i zero płaczu - gdzie mu do pięt ta miaucząca bestia, którą wieźliśmy do Holandii, przez 11 godzin wrzask i pomstowanie:)
Wiedział prawdopodobnie, że zamienia kijek na siekierkę i że ta młoda czarowna osóbka zamierza go rozpieszczać z całą intensywnością matki jedynaka. Już za nim walka o byt i wbijanie się przez okno, molestująca sucz i dzika horda kotów zwalczających rywala.
Zrobiło się luźniej pod lodówką.
Jednak stary Rabe miał rację, jeszcze tylko koza mi potrzebna.

niedziela, 1 stycznia 2012

Gusła I

Najpierw usmaż sobie słońce. Takie, co się dobrze komponuje z czerwienią krwi buraka straconego na ofiarę starego roku. Potem zapakuj wszystkie nieodzowne rzeczy, weź podpalaną sukę i leć. Okaże się, że w zimie jest wiosna i rzepak trzeszczy. Niech cię to jednak nie zwiedzie.
Gęsi latają jak potłuczone, przyroda całkiem skołowaciała. Wiosna już? Po jesieni? Z czarami nie wolno przeginać. Zaczynam, a właściwie kontynuuję piąty rok mieszkania w Manowcach i tak jak Indianie, co już trzeci rok chrust zbierają, wzdycham żeby zimy nie było. I dopiero teraz stało się i naprawdę jej nie ma. I jakoś głupio tak:)


Jak już polecisz, może się okazać, że rzut mokrym beretem od ciebie są małe Karkonosze. A może to tylko chwila moment, że z tęsknoty się objawiły jakiejś, ogień krzepnie, blask ciemnieje.



Biegnę. Bojsa ciapie się niemiłosiernie w każdym napotkanym błocku. Potem łapię ją, bo widzę trzech zielonych ze strzelbami. Chodźcie chodźcie, moje dziczki i sarenki, tatuś kukurydzką sypnie, a potem palnie w łeb bez wyjaśnień. Że niby stoją na straży przyrody i REGULUJĄ.
A mnie się jakoś w to wierzyć nie chce i widzę w tym tylko mordowanie dla zabawy.
Przechodzą, jeden nawet się kłania, patrz pani, kulturka.
Nagle nadlatuje znienacka chudy chłopek z rodziny biegaczowatych. Przesyłamy sobie porozumiewawcze cześć, po czym równie szybko jak się pojawił – znika. Ja nie wiedziałam, co to znaczy biegać, ja myślałam, że fajnie się bawię, czasem nawet, że ocieram się o jakąś bliżej nieokreśloną dyscyplinę sportu! A tu nic z tego, jestem tylko spacerowiczem. I niech już tak może zostanie? Przecinek bez żadnych plecaków wypełnionych wodą, w szarej fufajce, przeleciał z lekkością wiatru.
TEŻ TAK CHCĘ.


Mijam cygański krzyż, wreszcie odszukany. Słyszę rżenie koni Czirnego, który tu mieszkał wraz z rycerzami raubritterami. Ile razy musieli ten szklak przemierzać, co ta droga widziała przez lata.
Bujam sobie myślami i czas niezobowiązująco tyka, w zasadzie w ogóle go nie ma. Znowu gęsi nade mną, rozpaczliwie drące się w niebiosa, że Bozia za dużo paszy rozrzuciła a grzechem jest nie zjeść jak dają.
Tak. Latam jak ta gięsia.


Dobiegam do trzech dębów zżartych na cacy, obok chata, przy chacie ognisko. Dookoła – nikogo. Czeka na mnie to miejsce i się śmieje dobrodusznym hehe, chciałaś czarownico czary, to masz, nawet kamienny stół do kompletu. Podrzucam do tlącego się ogniska, żeby inni, których się nie spodziewałam, mogli się ucieszyć jak ja.

czwartek, 29 grudnia 2011

Powrót czarownicy


Gdyby się tak zastanowić, to odeszłam. Od swoich czarów. Życie zaczęło przygniatać powszedniością i chociaż dotyka mnie czasem, tak jak ostatnio, zew Ślęży, patrzącej na mnie zza płota, magiczne sztuczki są spowite warstwą pajęczyny.
Motyla noga i ogon jaszczurki skruszały w pojemniku na lekarstwa. Jedyne, co trwałe i niezmienne, to dźwięk komórki, nadającej o tym, że kolejna drzemka może grozić olaniem silnego postanowienia poprawy.
Zwyczajność, razem z szarą chmurą, zawisła nad Manowcami, na podłodze, dywnanie z sierści, wydeptałam powtarzalny szlak od herbaty do papierosa. Jeśli gdzieś wędruję, to od kartki do kartki, jeśli gdzieś jest życie to na papierze.
Tysiące nienamalowanych obrazów, niezrobionych zdjęć, nieuszytych patchworków, nieoskrobanych cegieł i niewyczyszczonego, nienawoskowanego drewna.
Niezastąpiona między niewiastami zaczęła się pojawiać na jednym z portali społecznościowych. Minął rok od straty dziecka. I śladu po tsunami nawet nie zostało oprócz rysy w jej sercu, której wcale a wcale nie widać.
Żyjemy obok siebie i nikt nie wie, co kotek ma w środku.
Przybyło mi tłuszczu po świętach i złoszczę się. Katować się znowu mam ochotę, kąsać i ciąć. Mogłabym nawet w przypływie autodestrukcji to i owo odessać. Od dawna widzę to oczami wyobraźni, jak wyciągam przez mały otwór wstążeczkę, ciągnę i ciągnę, aż uzbiera się cały motek mojej nienawiści do fałdy. Zostaję potem goła i chuda jak nasza szkapa. Wciągam ciepły szelest i biegnę, ale pokonuje mnie zadyszka. Stoję na górce pełnej bukowych liści, ciągle jest zbyt ciemno, żeby lecieć dalej. To nawet nie o to chodzi, żeby być supernovą, miałam momenty kociego zadowolenia z pustki w żołądku, które sprawiało mi przyjemność. Teraz zmula mnie ilość makowych ziaren w jelitach i kapiący cukier. Niemiłosierne obżarstwo wybiło mnie z rytmu. Koniec.



Skupmy się teraz, zaciśnijmy dłonie w znak. Wiatr się wzmaga i (aha, zapomniałam dodać, że znowu jestem łysa) ociera o gołą głowę. Przynosi myśli. I wywiewa myśli. Jest to wiatr przemian, który porwie nasze miotły.
Do zobaczenia za rok.

poniedziałek, 26 grudnia 2011

W domu jest świetnie.

Więc wejdźmy do niego nawet oknem, przeciśnijmy gruby brzuch i już nas biorą wyciągnięte ręce.



Posadzili dla nas drzewo! Jest naprawdę nieźle. Lubią nas tu :)



Święta święta i po, w sumie za szybko, bez śniegu i z kłopotami zdrowotnymi Mamy, która zrobiła numer i uciekła w szpitalne pielesze, zamiast się wziąć za jakąś uczciwą robotę. Przed informacją esesmanową typu :"jestem w szpitalu, nic się nie martw" słuchałam sobie trójki, a w niej audycji o zabieraniu ze szpitala ludzi przez Wigilią - tych chcianych i kochanych, oraz o tych, których się oddaje do szpitala na Wigilię...Wiadomo, że kochanych jakby mniej, albo wcale. Potem ta wiadomość i już jadę, zgarniam po drodze koc, bo w szpitalu - znam z opowieści - zimno jak pieron.
Rzeczywiście, wita mnie podrygująca crescendo broda i lekko przestraszone oczy, ale tniemy chojraka obie, jak na kiepskie aktorki przystało.
Na sali babcie truchełka, w kącie choinki brak. No optymizmem nie powiało, powiem Wam, ale babcie chytre, przy częstowaniu cukierami łykały po kilka, aż wściekły wzrok nas dopadł i tekst rzucony przez pielęgniarkę...one mają cukrzycę!
Hihi, cóż miłość do łakoci robi z ludzi.
Nie o szpitalu miało być, nie, o świętach, kotkach i choince, ale wychodzi jak chce i o to chodzi. Żeby to pokazać, co buczy.
Zastanawiałam się do jakiej kategorii pacjentów, wg. radiowej trójki, Mamę zaliczyć. Wyszło na to, że będziemy Ją oddawać do szpitala przed świętami, ale na Wigilię zabierać z powrotem. W ten sposób uniknie tego stresu, że karp nierówno w galarecie pływa, na jedną nóżkę bardziej, lub, że choinka za mało świecąca. Ech, te święta, niech będą, ale na luzie i z humorem, nie tak na poważnie, jakby miały być ostatnie.

piątek, 23 grudnia 2011

Zespół Down....hill'a

Jest nieźle. Nigdzie nie ma śniegu - tylko u mnie. Dookoła płaszczyzna pełna zmarzniętej grudy - u mnie biało. Drogi połyskliwe w świetle lamp. Zaczęło się powolne podjeżdżanie na dwójce, przy próbie dodania gazu słychać bzykot kręcących się w miejscu kół. Spalanie wzrosło do maksimum, strzałka poziomu paliwa szybciej się rusza niż ta od prędkości. Co tam, tylko trzy miesiące, przeżyję.
Koniec roku to nadgodziny. Stukają klawisze, biurowa lampka płonie do świtu - eee, przesadzam, ale jak wychodzę - jest już zmierzch.
Tańczę na lodzie.

Podjeżdżam pod dom i widzę biały dywan, na którym nikt nie odcisnął jeszcze buta - czy wszystko w porządku? Nie. Dziecko ze szkoły nie wróciło.

Szybko z suką, ta to ma energii, biega, kradnie drewno, macha tymi wariackimi uszami i się cieszy. No cóż moja panno, nie polatamy, trza mi w bój i na odsiecz. Mać.

Jadę do sąsiadów, dziecka szukam, oni swojego też nie mają.

Gdzie jest gimbus. Siedzę wyprężona jak świstak i rozglądam się z góry, gdzie tu pomarańczowa gąsienica siedzi, ale nie widzę, jadę intuicyjnie przed siebie. Z półmroku wyłania się zakutana postać - aaa, gimbus się zakopał, w Zadupiu Dolnym. Zacieram łapki, dobrze, że wszyscy żywi.

Odkuwam swoje dziecko i sąsiadów też, po dwugodzinnej wycieczce na odcinku 5 km buzie się im nie zamykają. Pan kierowca sinokoperkowy, starość nie radość, człowiek energii już tyle nie ma, a i cierpliwość się kurczy. Wzrok nie pozwala ocenić odległościo-możliwości. Ale tak to jest po siedemdziesiątce. Z jednej strony nieporadność zimowa, z drugiej rozwiany włos i zjazdy po ściętych zakrętach - jedziesz, wiej. Nie wiem, jak mocne miał CV i co trzyma w rękawie.

Dzwonię do powiatu. Fajnie mieć konszachty i długie macki, więc bezpośrednio uderzam do wielokrotnie przełożonego, a ten mi mówi, że musi przyjechac i zobaczyć, bo może mi się tylko wydawało, że to śnieg spadł, bo w Kiczowicach czarne drogi, pani.

Niebezpiecznie zaczynam dymić, grzeje mi się instalacja.

I jak ktoś mi opowie jeszcze kiedyś o śnieżynkach wirujących w słońcu pod Śnieżnikiem .............................