biere nożyczki

I zaczynam wycinać tą kolorową wycinankę. Myśli, słów nigdy nie wypowiedzianych, obrazków, wiórków i skrawków. Zrobię z tego taki ładny ulepczyk, będe nim podrzucać jak Zośką, to tu to tam.

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Kotlecik



Chwila zadumy nad tysiącem codziennie mordowanych zwierząt. Europejskie koncerny śmierci, z mechanicznym okiem kata. I gdzie ja w tym wszystkim, wcinająca na przepustce ze szpitala vegebanosa, chrupiąca pestki słonecznika zanurzone w cieciorce.
Wchodzę do mięsnego i kupuję sopocką dla M. Ani to żaden Sopot, ani polędwica. Ch...wi co. Patrzę na rozłożone nogi. Na ucięte szyje. Oskubane skrzydła. Widzę oko krowy z talerza, z długimi rzęsami i odwiecznym spokojem.

Mieszkam na wsi, więc nieobcy mi krzyk świń. Łapię się wtedy za uszy i mocno ściskam, a dygot, który mnie łapie - jeszcze długo trzyma.
I można jak Koń kupić sobie świnię Szczepana, coby jedna uniknęła losu milionów. Można wspierać Przystań Ocalenie. Można zacząć od siebie. http://www.przystanocalenie.pl/

Wczoraj M. przerabiał temat z polaka o Biblii. Dla zwierząt przewidziana była trawa zielona, człowieka z tej gromadki nie wyłuskano...

niedziela, 4 grudnia 2011

Jaskiniowcy


Temat jakże oczywisty, nic tylko skórę naciągnąć na grzbiet i poryczeć. Było nas trzech, w każdym z nas inna krew, a tak naprawdę, było nas ośmioro, a krew, jak to krew. Towarzyszyła cicho bulgocząc.
Wyłowiliśmy z ciemności śpiące nietoperze i kryształowo organiczną, przepiękną pleśń. Patrząc, miało się wrażenie, że porusza czułkami i coś tam sobie pod nosem mamrocze.
Później zamieszkaliśmy w jaskini. Ogromne ognisko rozświetlało przestrzeń, upolowana kiełbasa skwierczała dla tych, co chcieli, ciche na na na. Chleb żytni na zakwasie, po piątaka za kilo, krojony opinelem w nie całkiem cienkie kromki pachniał i chrupał w zębach spalenizną. Czerwony sikacz po prostu smakował.
I nikt nie krzyczał na chłopaków, że puszczają podpalone samoloty, albo, że rzucają podpalone kije. Niech mają niedzielę bez ambony.
Ciekawe, czy pierwotne kobiety tak samo musiały się wygadać jak my i czy czasem nie dlatego właśnie, włochaci mężczyźni opuszczali ciepły krąg by zapolować na dzikiego zwierza, lub w poszukiwaniu starej torebki, która zlokalizowana została za krzakiem podczas ściągania drewna.
Niebo wypłukane deszczem wyłaniało się nam zza pleców ogromną półkolistą dziurą, nieistotne i ujarzmione. Suchy, kamienisty pył pod nogami stanowił ciepły dywan, a głazy - umeblowanie. CO - najpiękniejsze na świecie, mazało po nierównym suficie pomarańczowe esy - floresy.
Coraz bardziej się zastanawiam nad mieć czy być. Potajemny wyjazd miał siłę sprawczą na tyle, że ganeczki i fizdrygałki, tynki i łobrazki stłoczone zostały jak eksponaty muzealne gdzieś w okolicy potylicy. Ciepło mi, mam gdzie zrzucić ciężar dnia, spłukać rozczarowania i poszurać w kapciach bezpieczeństwa. Nawet filharmonie i dudy mogę sobie zapuścić jak korzenie malw w betonie, a sny okiełznać łapaczem.

Klucz chowam zawsze dla gości po prawej stronie. Gdyby ktoś chciał, może sobie z zamrażarki wyjąć kawałek dyni i ją ugotować na maśle. Ja w tym czasie będę być.




niedziela, 27 listopada 2011

Jedenaście


Bardzo to poważna sprawa stawać się nastolatkiem. Okoliczność niniejsza wymaga godnej oprawy. I niech cię ręka boska powstrzyma od zorganizowania party w domu z tabunem dzikich nóg i rozwartych paszczy.
Żeby było miło, należy ową hordę teleportować do lasu i...powiesić na sznurku.



Menu też niekoniecznie musi być konwencjonalne. Ziemniaki z masełkiem czosnkowym naprawdę są smakowite.








Oczywiście należy dmuchać. I marzyć. I spełniać. Najbardziej zainteresowana zdmuchiwaniem świeczek była mała Lenka - widocznie dużo marzy.
Wszystkiego najlepszego nastolatku!

środa, 23 listopada 2011

Dwóch lwów


Jestem doskonałym topografem, matematykiem i zoologiem. Do tego znawcą opery z akcentem na o. Podróże kształcą i można się o sobie dowiedzieć zupełnie nowych rzeczy. Jak ja.
Ulica Zielona wcale nie jest blisko miejsca gdzie mieszkamy, z rachunku trudno wyłuskać gorąca patelnię i koniak a urocze foczki są po prostu wydrami.
Ale żeby to odkryć, trzeba wyjechać.
Dobrze, że w tej prześmiesznej serii, w której obiektem do zabawy byłam, miałam dwójkę przyjaciół, którzy stali na straży rzeczywistości okiełznanej! Inaczej mogłabym do tej pory błądzić po stareńkich zaułkach, ormiańskich katedrach pełnych śpiewu, cerkwiach połyskliwych koronami nowożeńców, prześlicznych łabędziowych fontannach, domach architektów, którzy na własny użytek domy te wybudowali, targach z sałatą morską, krylami w puszce na potencję, którą później trzeba rozchodzić, kryjówkach w podziemiach, pysznych paluszkach z obsmażanego chleba, starych portretach, freskach i witrażach.
Śnieg nie spadł, chociaż czaił się za winklem. Znak, że jeszcze raz muszę kiedyś policzyć do dziesięciu i głośno krzyknąć złożywszy dłonie: SZUKAAAAM!

wtorek, 15 listopada 2011

Migotanie serca


Trochę zanadto bieg spraw przysłonił mi ostry obraz na to, co się rzeczywiście dzieje. Ciekawe, czy po śmierci tak właśnie świat wygląda, że wtapia cię to, co dookoła, a ty sam nieistotną myślą przy myciu zębów się stajesz i pomału rozwiewasz w szarości.
Wcale nie jest mi źle, zastrzegam, to powszedniość galopuje jako to stadko złapane na ściernisku, a goniliśmy je samochodem i ryczałam prz tym jak zdezelowany puzon. Ze szczęścia.
Jeśli uda mi się to, o czym marzyłam, będzie to bardzo wyraźny dowód na to, że trzeba uknuć marzenie, upleść je z nieistotnej na pierwszy rzut oka niteczki zachcianki. Potem tak samo niepostrzeżenie jak pomyślałeś - przychodzi.
I oto. Stało się, a ty wędrujesz po miejscach, które zobaczyłeś w wizji, ulotnej migawce.
I tak właśnie będzie tym razem, czuję to przez skórę, że ujrzę pierwszy śnieg na ulicach mego ukochanego miasta. Zamigoczą mi płatki na tle starej gazowej latarni a my będziemy szli z roziskrzonymi oczami, chłonąć radochę jak gąbka wodę po farbach.
Teraz jeszcze wyczekuję, ale to niebawem nastąpi.

niedziela, 6 listopada 2011

Jackowi


Ostatni list do Ciebie, Jacek. Gardło mam ściśnięte i łzy jakoś same płyną. Zamykam oczy i wracasz, w śmiechu do środka na końcu zdania. W błysku oka - porozumienia.
Słyszę Twoje niekończące się nocne monologi. Widzę studnię w piwnicy.
Teraz muszę pielęgnować obraz tego rosłego dębu, za którym leżysz.
Perfekcjonista, cholera. Nie było żadnych wątpliwości. Ze słuchawkami na uszach. W foliowej torbie na głowie.
Wiem, że tam teraz siedzisz. Uśmiechasz się, a wiatr plącze Ci włosy. Na Woli Sokołowskiej, na granicy tam i tu.

wtorek, 1 listopada 2011

Zalecenia lekarskie








Znalazłam wreszcie lekarza od krętków. Pani jest światła, świetlista i wszystkomogąca. Rzadko który lekarz uświadamia ci, że moc jest z tobą. Podbudowana, z wizją badań wszelakich, które mi pani zorganizuje, z receptą na długotrwałą młodość, piękno, siłę i energię witalną pognałam, by zaszeleścić w liściach i ze szczęścia kipieć.
To moje ulubione święta. Można się cieszyć ze spotkań z tymi tu i tam, a jeszcze jak po karku przygrzeje, skala wewnętrznego termometru skacze o kilka stopni i mam siłę zarażać uśmiechami.
Moja Złota Góra. Moja Srebrna Góra. Ciche podobieństwo, elektryka, buzowanie włosków na przedramionach, czyli zwyczajne ciary mary. Zakamary światłocieniowe, podglądactwo stosowane, izolacja kontrolowana. Jestem, idę, żyję.
Świetlista wyjaśniła, że centralne biuro dowodzenia koreluje z immunologią i hormonami na zasadzie sprzężenia zwrotnego. Mam mieć dobry nastrój, dbać o siebie i mieć dużo miłości zewsząd i konkretnie. Czyli nic prostszego, prawda?:)