
Temat jakże oczywisty, nic tylko skórę naciągnąć na grzbiet i poryczeć. Było nas trzech, w każdym z nas inna krew, a tak naprawdę, było nas ośmioro, a krew, jak to krew. Towarzyszyła cicho bulgocząc.
Wyłowiliśmy z ciemności śpiące nietoperze i kryształowo organiczną, przepiękną pleśń. Patrząc, miało się wrażenie, że porusza czułkami i coś tam sobie pod nosem mamrocze.
Później zamieszkaliśmy w jaskini. Ogromne ognisko rozświetlało przestrzeń, upolowana kiełbasa skwierczała dla tych, co chcieli, ciche na na na. Chleb żytni na zakwasie, po piątaka za kilo, krojony opinelem w nie całkiem cienkie kromki pachniał i chrupał w zębach spalenizną. Czerwony sikacz po prostu smakował.
I nikt nie krzyczał na chłopaków, że puszczają podpalone samoloty, albo, że rzucają podpalone kije. Niech mają niedzielę bez ambony.
Ciekawe, czy pierwotne kobiety tak samo musiały się wygadać jak my i czy czasem nie dlatego właśnie, włochaci mężczyźni opuszczali ciepły krąg by zapolować na dzikiego zwierza, lub w poszukiwaniu starej torebki, która zlokalizowana została za krzakiem podczas ściągania drewna.
Niebo wypłukane deszczem wyłaniało się nam zza pleców ogromną półkolistą dziurą, nieistotne i ujarzmione. Suchy, kamienisty pył pod nogami stanowił ciepły dywan, a głazy - umeblowanie. CO - najpiękniejsze na świecie, mazało po nierównym suficie pomarańczowe esy - floresy.
Coraz bardziej się zastanawiam nad mieć czy być. Potajemny wyjazd miał siłę sprawczą na tyle, że ganeczki i fizdrygałki, tynki i łobrazki stłoczone zostały jak eksponaty muzealne gdzieś w okolicy potylicy. Ciepło mi, mam gdzie zrzucić ciężar dnia, spłukać rozczarowania i poszurać w kapciach bezpieczeństwa. Nawet filharmonie i dudy mogę sobie zapuścić jak korzenie malw w betonie, a sny okiełznać łapaczem.
Klucz chowam zawsze dla gości po prawej stronie. Gdyby ktoś chciał, może sobie z zamrażarki wyjąć kawałek dyni i ją ugotować na maśle. Ja w tym czasie będę być.



